Wojt Albert „U Huberta” – Pierwsza seta 90

  • Autor: Wojt Albert
  • Tytuł: U Huberta
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1982
  • Nakład: 150000
  • Recenzent: Tomasz Kornaś
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

Ceglasto – czerwony słoń z nienaturalnie wielkimi uszami

Akcja kryminału “>>U Huberta<<” toczy się w światku myśliwych. Kilka osób z owego światka to pracownicy Instytutu Badawczo – Rozwojowego Łączności Bezprzewodowej.  Strzelają oni nie tylko do zwierzyny, ale i do siebie nawzajem. Za wszystkim stoi obcy wywiad, pragnący – rzecz to nienowa – skopiować nowatorskie rozwiązania naszej myśli naukowo – technicznej.

Akcja jest dość sztampowa i niespecjalnie zajmująca. Ofiarna praca funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa daje naturalnie dobre rezultaty – winni zostają złapani, mikrofilmy (nie bardzo tylko wiadomo z czym) odzyskane. Warte przytoczenia są za to niektóre dialogi przybliżające realia PRL lat 70 – tych i 80 – tych.

Oto jak wyglądała rozpusta gastronomiczna: “Wordół zlustrował wnętrze bacznym spojrzeniem i obdarzył Migalską pełnym uznania uśmiechem. Przykryty białym obrusem stół był godny przyjęcia w luksusowej restauracji. Szynka i polędwica rodem z peweksu sąsiadowały z wiejską kiełbasą i pasztetem. Nie brakowało nawet puszki z krewetkami i miseczki z kawiorem”. Dodajmy, że ów lustrator Wordół  – dyrektor wspomnianego na początku instytutu – wcześniej był wicedyrektorem zjednoczenia gastronomicznego, więc “pełen uznania uśmiech” świadczył o rzeczywiście wyjątkowej obfitości  wiktuałów.

Na tym przyjęciu panowie załatwiali różne sprawy. Na przykład samochody: “ – Chciałbym cię, Boluś, poprosić o maleńką przysługę – zaczął konfidencjonalnie. – Dla ciebie to żaden kłopot, a ja byłbym ci wdzięczny do końca życia… . – Wal prosto z mostu – wybełkotał Tyc. – Ja dla ciebie wszystko ! – Widzisz, mój zięć zachorował na poloneza. – W czym problem ? Powiem komu trzeba, przyjmą od chłopaka pieniądze, a za tydzień będzie mógł jechać w Polskę nowym wozem. – Sęk w tym, że on wolałby mieć dwulitrowy silnik… – Gorsza sprawa – zasępił się Tyc. – W końcu nie jesteś ministrem, żeby składać podobne zamówienia. – A nie dałoby rady, tak jakoś… – Skrobik znacząco klepnął się po kieszeni. – Zięć od miesiąca wierci mi dziurę w brzuchu, więc dla świętego spokoju chętnie dorzuciłbym kilka patyków. – Bez tego się chyba nie obejdzie… – Wiedziałem, Boluś, że mogę na ciebie liczyć ! – Znamy się przecież nie od dziś.” Ów Boluś Tyc – wyjaśnijmy – to była “okropnie ważna figura od samochodów”.

Typowe dla tamtych czasów – i często obecne w tle wielu powieści milicyjnych – było załatwianie po znajomości nie tylko samochodów ale i materiałów budowlanych. Jak wiadomo, jedną z najtrwalszych cech realnego socjalizmu były “przejściowe trudności w zaopatrzeniu”. Na pokusy łatwego zarobku narażeni byli pracownicy magazynów z materiałami budowlanymi i ich zwierzchnicy. Fałszowało się kwity, faktury, towar upłynniało na lewo. Oto fragment spowiedzi przed funkcjonariuszami SB winnego owego niecnego procederu: “Brakowało mi pieniędzy, nie mogłem znieść myśli, że po latach harówki nie stać mnie nawet na porządny samochód… Inni korzystali z różnych okazji, by złapać na boku trochę grosza, więc czemu ja miałem być gorszy ? – Umilkł, nerwowo zagryzając wargi, ale chwilę później zdecydował się mówić dalej. – Kiedyś ktoś wetknął mi w garść pieniądze za dwie rolki papy. Kazałem magazynierowi wydać towar, a równowartość zostawiłem sobie… . Później nie miałem już skrupułów”.

Jest jeszcze parę podobnych fragmentów w tej historii, jest mały wątek erotyczny i prawdę powiedziawszy niewiele więcej. Wypada może  jeszcze odnotować wątek zoologiczny. Mianowicie operacje przekazywania mikrofilmów pracownikom obcej Centrali i odbierania za owe judaszowskie usługi dolarów odbywały się za pomocą plastikowych figurek zwierząt. Otóż miłośnicy polowań na dziki i zające mikrofilmy przekazywali w figurkach jaszczurek i żółwi, w brzuchach nosorożców dostawali miniaturowe aparaty fotograficzne. A jak odbierali zapłatę ? To było tak: “w środku czekał na doktora [powinno być – dyrektora, błąd w tekście –TK] szkaradny ceglasto – czerwony słoń z nienaturalnie wielkimi uszami, który jednak nabrał pewnego uroku, kiedy okazało się, że jego brzuch i właśnie te uszy wypchane są zielonymi banknotami”.

I to by było na tyle.