Lewandowski Jan „Czy pani wierzy w UFO” – Pierwsza seta 57

  • Autor: Lewandowski Jan
  • Tytuł: Czy pani wierzy w UFO
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: seria Czerwona Okładka
  • Rok wydania: 1981
  • Nakład:
  • Recenzent: Piotr Głogowski
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK Recenzja Adama Sykuły

Kto kogo robi w balona czyli PRL-owskie Archiwum-X

Koniec lat 70-tych był z wielu względów belle époque w socjalistycznej rzeczywistości PRL-u. Boom konsump­cyjny, modernizacja, prześciganie Zachodu (Polska dziesiątą potęgą gospodarczą świa­ta!), spodnie dzwony, Deyna, co karnego Argentynie nie strzelił i nieustające lato, ciepłe, słoneczne napawające optymizmem (dokładnie takie samo jak w filmach Ba­rei).

Czasami tylko niepokoiły dziwne na­pisy na murach, malowane pośpiesznie pędzlem, jak choćby hasło na moim przed­szkolu, które urzekało mnie swoją melo­dyjnością ale którego wcale nie rozumia­łem: „Gierek komercyjna zmoro, skoń­czysz tak jak Aldo Moro.” A potem przy­szła nagle zima i trzeba było pożegnać się z czekoladą…

Bujna rzeczywistość gier­kow­skiej deka­dy, wymagała od pisarzy odświeżenia te­ma­tyki, zmiany pryzmatu oglądu, wyjścia z ciasnego zaścianka, sięgnięcia po proble­my uniwersalne, tak, aby czytelnik odnosił wrażenie, że jego problemy są problemami również tych, zza rdzewiejącej „żelaznej kurtyny”, że tu i tam, życie w gruncie rzeczy różni się niewiele. Oczywiście w obliczu zbliżającego się kryzysu, takie zas­tępcze niby-problemy miały na celu od­wra­cać uwagę, mydlić oczy, sugerować, że istnieją prawdy różnego rodzaju. W takim duchu napisana została niewielka, ale nie­zwykle wciągająca powieść Jana Lewan­dowskiego, zatytułowana Czy pani wierzy w UFO. Trudno jest jednoznacznie zakla­sy­fikować tę książkę, na pewno jednak nie mamy w tym wypadku do czynienia z klasycznym kryminałem. Gdybym miał się pokusić o przypięcie etykietki, określiłbym ten utwór jako społeczno-obyczajowo-kry­minalno-fantastyczno-naukową po­wieść, o ile autor przypadkiem nie pró­bował zrobić czytelników w balona. Naj­waż­niejszym bowiem pytaniem, jakie ta powieść stawia wnikliwemu czytelnikowi i niestety nie da­je nań odpowiedzi jest: dlaczego milicjanci prowadzą śledztwo w sprawie unoszących się na niebie balonów? Sam autor nie bardzo wie dlaczego, albo tylko udaje i choćby z tego powodu warto przeczytać tę pozycję. Oficerowie milicji, też mają pro­blemy z umotywowaniem wszczęcia śledz­twa i w efekcie poszukują osoby wypusz­czającej balony, dlatego, że wypuszcza ona balony. W całej książce jedynym przes­tępstwem (!?) popełnionym przez jednego z bohaterów, jest obrażenie umunduro­wanych funkcjonariuszy na służbie okreś­leniem „marsjańskie pocięgle”. Śledztwo prowadzi grupa milicjantów z Komendy Miasta MO (chodzi o Warszawę), w oso­bach podporucznika Szerera, kapitana Jar­milka i szefa całej operacji majora Bienia. Choć autor, przynajmniej do połowy książ­ki, najbardziej sympatyzuje z działającym niekonwencjonalnie i ubierającym się na zachodnią modłę – sandałki, dżinsy i kolo­rowa koszulka (oczywiście za każdym razem inna – raz jest z napisem „Bridge World”, innym razem z podobizną Kate Brunn z filmu „Moje ostatnie życie” [jeśli ktoś zna tę aktorkę, albo film, czekam na bliższe informacje], z kaczorem Donal­dem, albo z zachodzącym słońcem i napisem „Hasta maniana”) – podpo­rucz­ni­kiem Szererem, w gruncie rzeczy wszyscy bohaterowie po pewnym czasie okazują się jedną wielką zgrają zakompleksionych nieudaczników, pełnych wad i słabości. Major Bień bardziej interesuje się końmi, niż pracą w milicji. Prowadzenie śledztwa przeszkadza mu w czytaniu ulubionego czasopisma „Koń Polski”, którego całe roczniki stoją w służbowej szafce i które pozwala mu w każdej chwili na „ucieczkę od szarości świata zbrodni”. Bień jest zmęczony aferą balonową i ciśnie swoich podwładnych, aby jak najszybciej rozwią­zali tę nieprzyjemną sprawę, jego dewizy to: Nie wolno siedzieć z założonymi rę­kami, Dużo słuchać, mało mówić, Lepiej podjąć szybko błędną decyzję, niż nie po­dej­mować jej wcale, oraz Nawet w nie­bez­pieczeństwie elegancki człowiek spra­wia du­żo korzystniejsze wrażenie. Z kolei kapitan Jar­mi­lek, to typowy służbista, który wykonuje wszys­tkie polecenia od A do Z, wykazując się dużą gorliwością ale nie zawsze in­te­ligencją. W przeci­wień­stwie do Szerera „zamiast sandałków miał normalne półbuty z wielkimi otworami wentylacyjnymi, przez które wyzierały szare skarpetki.” Bień go nie znosi, ale musi tolerować, bo nie ma innych ludzi do tej roboty. Szerer z kolei przypomina nieco agenta Muldera z popularnego serialu Archiwum X, jest błyskotliwy, pije na służbie (żeby się rozgrzać), i ubiera się „jak bikiniarz”. Z czasem dowiadujemy się jednak, że i z nim nie wszystko jest w porządku – że po ukończeniu studiów prawniczych, porzuca karierę adwokacką, po to aby zostać mi­licjantem, że mimo 28 lat, mieszka nadal z mamusią, do której jest bardzo mocno przywiązany, której kupuje torciki mig­dałowe i róże, a jego sposób ubierania (autorowi głównie chodzi o wąskie no­gawki u spodni), najlepiej świadczy o tym, że nie zupełnie jeszcze wydoroślał. Pozos­tali bohaterowie również stanowią niezłą skarbnicę ułomności i kompleksów – profesor to wytrawny alkoholik (ma w swoich domowych za­pasach 100 litrów różnych zagranicznych trunków), żyjący swoją dawno już przebrzmiałą sławą, do­cent Kusko frustrat i kombinator (fałszuje receptę, żeby kupić w aptece przyprawę oregano), typ play­boya ze szramą na twarzy (w szkole na­zywany był „spity Gonzales”, ze względu na prędkość z jaką rwał dziewczyny), jego brat Zenon to hipokryta i życiowy nie­udacznik, anoni­mowy sędzia meczu pił­karskiego ustawia wynik tak, żeby Legia przegrała, bo dru­żyna z Kra­kowa ma kilka punktów starty do lidera (to akurat nic nowego), kom­pozytor Mech­cicki sądzi, że autorem Marsza Radetz­kiego jest właśnie Radetzky, taksówkarz to cwaniaczek, z kolei w gabinecie doktora psychiatrii wiszą kra­dzione zasłonki z nadrukiem PKP…

Nieźle dostaje się też kobietom, które u Lewandowskiego są wyprane z jakich­kolwiek „wyższych” uczuć i w związku z tym, bez cienia skrupułów przyprawiają rogi swoim małżonkom, są egoistyczne i próżne. Swoistą filozofią życiową młodej żony profesora Natalii, którą stosuje wobec wszystkich, nie wyłączając psa, jest „bu­dze­nie powszechnej miłości”. Sceny seksu­alne w powieści, pozostają całkowicie na poziomie przyzwoitości, autor posługuje się jednak czytelnym kodem znaków, obliczo­nym na „niedwuznaczną” kon­kre­tyzację, kiedy np. Natalia znika z do­cen­tem Kusko w czasie przyjęcia, autor opi­suje ni stąd ni zowąd wieszak na ubrania w przedpokoju, zrobiony, uwaga, z poroża jelenia. Innym razem opis sceny erotycznej kończy się w miejscu, w którym teore­tycznie powinien się dopiero zacząć, co pozwala czytel­ni­kowi snuć dalsze fantazje.

To, co uderza w książce Czy pani wierzy w UFO, to całko­wita ignorancja prze­strzen­no-czasowa. Ak­cja mogłaby się toczyć wszędzie i niemal w każdym czasie. Z drugiej strony autor zasypuje nas tysią­cem zupełnie nieis­tot­nych dla fabuły deta­li: wynika­mi me­czów piłkar­skich, tematy­ką ścien­nych gazetek wiszą­cych na kory­tarzu ko­men­dy, zawartością kieszeni Zeno­na Kus­ko, treś­cią fiszki pakowniczej, która wypa­dła z opakowania papieru fotogra­ficz­nego, itp. Realia schyłku epoki gierkow­skiej uważ­ny czytel­nik wydobyć może jedynie z niektórych de­tali, a przede wszys­tkim z tego, co uda mu się wyczytać między wier­szami. Sam autor sporadycznie udzie­­la bez­po­średnich informacji np., że „import mig­da­łów napotyka ostatnio na trudności”, albo, że porucznik Szerer mył się rano w zimnej, albo w ciepłej wodzie, w zależ­ności od tego, jaka akurat była (!). Z drugiej strony, dowiadujemy się, że za­kup ogromnej ilości cukru nie nastręcza żadnych problemów i jest to tylko kwestia pieniędzy (1000 złotych!).

Słabością dziełka Lewandowskiego jest zbyt powierzchowna i szablonowa realiza­cja, skądinąd ciekawego tematu, który zaw­­sze rozpalał ludzką wyobraźnię, czyli UFO. Mogła być z tego całkiem udana powieść SF, a tak mamy komiczny, bo mocno naciągany kryminał. Całe szczę­ś­cie, że autor ma lek­kie pióro, inaczej można by uznać spę­dzone nad tą książką popołudnie za nieudane. Na koniec garść cytatów, które najtrafniej scharakteryzują styl autora:

„W gruzach cegielni patrol znalazł egzem­plarz Pana Tadeusza z wyrwanymi kartami 39 i 53, wydanie sprzed pół roku, z napi­sem na tytułowej stronie: Za pilność – Jędrkowi Cymkale, klasa czwarta.”

„Szerer założył na koszulkę zieloną mary­narkę, która przeszkadzała majorowi od­czy­tać angielską sentencję, wydru­kowaną pod rysunkiem kaczora Donalda.”

„Kiedy skończyła krótką rozmowę, obda­rowała Bienia ciepłym spojrzeniem, dawny studencki odruch nakazywał jednoznacz­nie: rwij, lecz major za bardzo już oddalił się od pustoty świata.”

„- Latem ludzie mniej chorują, niż zimą – powiedział taksówkarz. – Może  dlatego, że mniej aptek otwartych.”

„- Poszedłem wkrótce po wojnie na an­giel­ski film Nieuchwytny Smith – zwie­rzył się major. – Kiedy widownia była prze­konana, że tym razem nieuchwytny został osaczony na dobre, przemienił się w stracha na wróble.”

„Zakupiona w kiosku gazeta donosiła, że wczorajszego wieczoru spłonęła wielka bimbrownia, ulokowana w lesie pod mias­tem.”

Aneks

Kawiarnie: „Ptaszyna” (Śródmieście), „Zdrojowa” (bliżej niesprecyzowane oko­li­ce Zielonki)

Czasopisma: „Płomyczek”, „Koń Polski”, „Przegląd Sportowy”, „France Soir”

Samochody: fiat, trabant, nysa, volvo, melex

Papierosy: marlboro