Sławek Gertruda R. – W matni 154/2024

  • Autor: Sławek Gertruda R.
  • Tytuł: W matni
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Labirynt
  • Rok wydania: 1986
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Iwony Mejzy
LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Wyjechać na egzaminy wstępne i zniknąć

Postanowiłem pójść za ciosem i po przeczytaniu „Portretu bez twarzy” i poddałem lekturze kolejne dzieło Gertrudy R. Sławek (czyli duetu Jaworowski-Bojanowski) „W matni”. Utwór ten z całą pewnością stoi o oczko wyżej, bo i fabuła żywsza i zwrotów akcji więcej, natomiast nadal nie brak narracyjnej naiwności.

Oto Ewa Piątecka wyjeżdża z Płocka na egzaminy wstępne (prawo) do Warszawy i tu ślad się po dziewczynie urywa. Do akcji wkracza porucznik Rajewski, który jeździ po całym kraju i przesłuchuje koleżanki z akademika zaginionej dziewczyny. Bomba wybucha, kiedy ciało Ewy zostaje odnalezione w wyschniętej studni, na terenie ogródków działkowych. Sprawę zgłasza działkowiec Rotkiewicz. Inny użytkownik działek zwrócił uwagę na zagraniczny samochód, który mógł mieć jakiś związek ze sprawą, ale obserwacje rzeczonego nie były zbyt dokładne: „Nie znam się specjalnie na markach, ale fiata, syrenę, warszawę i trabanta to potrafię odróżnić”. Śledztwo utyka w martwym punkcie i trzeba czekać na jakieś nowe wydarzenia albo, że gdzieś wypłynie charakterystyczna laotańska obrączka, która była własnością Ewy.

Porucznika Rajewskiego wspiera kapitan Stański – elegancki, pachnący wodą kolońską. Nic dziwnego, że Rajewski pozwala sobie na pytanie: „- Wybierasz się na randkę z uroczym kociakiem? – Niezupełnie. Jadę do Komendy Głównej zreferować zreferować nasze dotychczasowe poczynania”. No, ale efektów jest tyle co kociak napłakał. Wreszcie pojawia się jakiś nikły ślad o tym, że Ewa miała poznać jakiego wysokiego, szykownego bruneta, mimo że przecież miała w Płocku chłopaka, który zresztą szalał za nią i przybył do Warszawy, by pomóc w śledztwie. Wreszcie udaje się ustalić, że widziany na działkach samochód należał do pewnego ginekologa, ale został mu skradziony. Czy ma to związek z gosposią ginekologa, która nagle znika, a dom chlebodawcy zostaje okradziony? Jak widzimy, pojawiają się wciąż nowe wątki, a przypadki wiążące akcję oraz wtyczki milicyjne na Bazarze Różyckiego prowadzą do warszawskiego półświatka i typów o pseudonimach „Badyl”, „Cygan” i „Kopyto”. Narracja zamiast nadal podążać tym duktem zostaje chwilowo ucięta w połowie powieści, gdyż pojawia się nagle wątek szpiegowski. Tak więc mamy niejako dwie powieści w jednej, bo szpiegostwo w kryminale serii Labirynt być powinno. A że wolta ta wygląda sztucznie i bez sensu, trudno. Przypuszczam, że jeden z autorów pisał pierwszą część książki, a drugi kolejną. Potem skleili utwór do kupy. Irytujące to, ale za to akcji jest więcej i dwa kolejne trupy – jeden w Austrii (stąd włącza się kontrwywiad), a drugi w wersalce jednego z mieszkań budynku przy Placu Inwalidów. Tym razem rzecz idzie, jakże by inaczej, o kolejny osiąg polskiej myśli technicznej, czyli soczewki i szkła optyczne dla wojska. Jaki ma to związek z dziewczyną z Płocka i drugą dziewczyną (gospoda ginekologa) – z Pacanowa? No właśnie. Tu docieramy do głównej myśli „W matni”. Myśl to jest dydaktyczna – dziewczyny, które przybywają do Warszawy, w poszukiwaniu: już to kolejnych szczebli edukacji, już to lepszego, bardziej kolorowego życia; lgną od razu do podejrzanych typów z marginesu i ulegają zgubnej fascynacji tym, co upadłe i zepsute, albo nawet działkowcom. Nie wiadomo co gorsze.