Zeydler-Zborowski Zygmunt – Spacer po suficie 491/2025

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Spacer po suficie
  • Wydawnictwo: Iskry, LTW
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza, Seria Kryminał
  • Rok wydania: 1957
  • Nakład: 20250
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Marzeny Pustułki
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

W recenzji tej książki autorstwa kolegi Roberta znajdują się pewne nieścisłości – według niego spektakl wystawiony na jej podstawie nie mógł jej wyprzedzić. Powiem tak – i wyprzedził i nie wyprzedził.

Tak – bo Telewizja Polska emitowała go w kwietniu i maju 1957 roku, a książka ukazała się w listopadzie tegoż roku; nie – bo oryginalny tekst, napisany jeszcze przez Emila Zoora, ukazał się w dzienniku „Naprzód” już w 1948 roku. Ale już opinii żony ZZZ, że ten spektakl jest pierwszą „Kobrą” faktycznie obronić się nie da – wszelkie możliwe media informują, że ten tytuł należy się „Zatrutym literom” według Agathy Christie wcześniejszym o ponad rok.

A sama książka zapowiada się intrygująco; z czasem jednak zaczyna się robić coraz gorzej, a kończy się rozkosznie głupkowato. Mamy oto literata Antoniego Waltona, który trafia do miejscowości Farrow i tam znajduje nocleg w gospodzie niejakiego Darlena. Właściciel twierdzi, że od roku na suficie sali restauracyjnej pojawiają się ślady ciężkich, zabłoconych butów; poza tym czasami zajeżdża pod gospodę szara limuzyna z zapuszczonymi firankami i nikt z niej nie wysiada – ale, co najgorsze, samochód stoi pusty. Wkrótce w Farrow pojawia się inspektor Hawkins ze Scotland Yardu, który twierdzi, że Walton jest oskarżony o zamordowanie Roberta Bissingera, angielskiego agenta podejrzewanego o podwójną grę – w jego sypialni policja znajduje portfel Waltona z listem namawiającym go do przyjazdu do gospody Darlena. Hawkinsowi pomaga zaprzyjaźniony ze Scotland Yardem doktor Gordon.

I do pewnego momentu książka się jeszcze jako tako trzyma – mam wrażenie, że autora zainspirowała twórczość Francisa Durbridge’a: podobna „teatralność” intrygi, dużo dialogów, lakonicznie pokazane postacie, wplątany motyw szpiegowski. W okolicach połowy książka zaczyna się jednak robić coraz bardziej naciągana, a niektóre rozwiązania są wręcz rozkosznie głupkowate: sposób uśmiercenia Bissingera, przejęcie śledztwa przez doktora Gordona i sam jego przebieg czy rozwikłanie zagadki szarej limuzyny – a już wyjaśnienie sprawy śladów na suficie wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Czyżby w 1948 roku czytelnicy byli do tego stopnia niewybredni, że można im było wcisnąć takie dyrdymały? Możliwe, ale ja mam pewne podejrzenia – otóż powieść ukazywała się w odcinkach w krakowskim dzienniku „Naprzód”, który był organem prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej. Ostatni odcinek „Spaceru po suficie” wydrukowano 12 grudnia, a tymczasem trzy dni później ukazał się ostatni numer samego dziennika – po prostu PPS została 16 grudnia wchłonięta przez PPR i w efekcie powstała PZPR, która miała już swoje dzienniki. Czyżby ZZZ wiedząc, że nie może za bardzo się rozkręcać, postanowił zakończyć tę książkę w tak dziecinny sposób? Trudno powiedzieć; myślę jednak, że z której strony nie patrzeć jest to książka mizerna i chyba nawet samych fanów autora nie może zadowolić; może ona być chyba tylko świadectwem tego, jak rozwijało się jego pisarstwo.

A chronologicznie wygląda to tak: listopad i grudzień 1948 roku – druk powieści podpisanej jako Emil Zoor w odcinkach w dzienniku „Naprzód”; kwiecień i maj 1957 roku – sześcioodcinkowy spektakl w reżyserii Józefa Słotwińskiego (nieźle musiałem się nagimnastykować, żeby znaleźć o nim jakiekolwiek informacje); listopad 1957 – wydanie książki w Klubie Srebrnego Klucza; 1959 – drugie wydanie w „Iskrach”; 2013 – trzecie wydanie w wydawnictwie LTW.