- Autor: Goszczurny Stanisław
- Tytuł: Heron lubił dolary. Reportaże milicyjne
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie
- Rok wydania: 1965
- Nakład: 10250
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Włam w Szpęgowsku, skucha w Swarożynie, a Jawa z Kończewic
Stanisław Goszczurny był pisarzem i dziennikarzem związanym przez kilka dziesięcioleci z Wybrzeżem i szeroko pojętą marynistyką. Tło marynistyczne pojawia się w wielu jego dziełach, a trzeba dodać, że wydal blisko 30 książek, dziś już raczej zapomnianych, poza jedną.
Chodzi oczywiście o „Mewy” oraz dwie kontynuacje tego tytułu, mające już 7 wydań. Ostatnio zaś całą trylogię wznowiono w jednolitej szacie i nawet dołączono etui. Można zatem uznać, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju klasyką. „Mewy” były pierwszą i, jak się okazało, najważniejszą powieścią w obfitym dorobku autora. W tym tekście zaś zajmiemy się zbiorem reportaży milicyjnych” Heron lubił dolary” popełnionych z okazji 20-lecia Milicji Obywatelskiej. Autor dostał wgląd do licznych akt kryminalnych ówczesnego Województwa Gdańskiego i wybrał do opisu kilkanaście spraw. Jak zaznacza we wstępnie starał się jedynie sprawnie zreferować przejrzany materiał, dodając czasem,nieco dialogów, gdzie uznał to za koniecznie. Recenzujący to dzieło przede mną Klubowicz Mariusz Młyński i nie uznał ich za wybitne, ale docenił funkcję dydaktyczną. Wydźwięk oczywiście musiał być w pełni oficjalny, podkreślający, że milicja jest dzielna, ofiarna, wykrywalność wzrasta, a i naród powoli dojrzewa do tego, by być mniej skłonnym do przestępstw. Nie mniej przestępstwa jeszcze się zdarzają i to bardzo różne.
Goszczurny pogrupował obszerne zagadnienie na kilka działów. I tak zaczynamy od włamań. Na przykład w rozmaitych gminnych spółdzielniach kradną, poza utargami, papierosy, wino i wódkę, czyli, jak widzimy przede wszystkim artykuły pierwszej potrzeby. Włamywacze szybko przenoszą się z miejsca na miejsce, gdyż dysponując motorem marki Jawa i dzięki temu mogą pojawić (tak jest !!!) się Wszpęgowsku, a niedługo później w Swarożynie.
Z kolei miłośnicy sklepów MHD (Miejski Handel Detaliczny – przy. red) ogołacali placówki ze swetrów, pończoch nylonowych, rękawiczek itd. Lubowali się zaś we włamaniach do sklepów z futrami. Towar opylali szybko za pół ceny i już mogli pójść w tango. Tak właśnie fukcjonował niejaki Jarek tak charakteryzowany: „Lubił się bawić, oczywiście bez żony, w towarzystwie kobiet raczej lekkich obyczajów”.
Kolejny rozdzialik opiewa oszustów. Na pierwszy ogień poszła pewna pani Basia, która podróżowała po kraju z kilkuletnim dzieckiem i opowiadając kolejnym osobom ckliwą bajeczkę prosiła o nocleg, po czym, zdobywając zaufanie, ulatniała się, zabierając ze sobą co wpadło w ręce, zanim gospodarze zdążyli się zorientować. O wiele groźniejszy był natomiast oszust podający się kapitana na statku Batory. Wiadomo,. Mundur od razu podnosi poziom zaufania. Otóż fałszywy kapitan miał akuratny wygląd i gadkę, to też bajeczka o samochodzie, który może tanio sprzedać, tylko potrzeba nieco grosza na cło, uchodziła za wiarygodną. Po zainkasowaniu kasy natychmiast znikał, zmieniał lokalizację i powtarzal numer. No cóż, lata 60. to z jednej strony niby mała stabilizacja, z drugiej czasy niedoboru, jak się to określało w propagandzie, a naprawdę to braku dóbr wszelakich. Dziś wiele podobnych przestępstw nie miałoby racji bytu.
Odrębnym tematem był szmugiel okrętowy. Najlepiej szły u nas zegarki marki Atlantyk i Delbana i Doxa, zwożone tysiącami przez marynarzy – nabywane na przykład Antwerpii po 10 dolców, a następnie opychane szybko po 2 tysie w ojczyźnie. Goszczurny podaje, że w tym układzie można było za dolara wycinąć 200-250 zł, podczas gdy na czarnym rynku kosztował około 100. Wspomnijmy, że były to czasy, kiedy zabroniony był handel dolarami i zdobyć je można było tylko nielegalnie.
Wspomnijmy jeszcze o morderstwach. Chyba najciekawsza sprawa to odyseja wampira ze Skaryszew, których działał na początku lat. 60. Dusił kobiety i był dłuższy czas nieuchwytny, a przydomek uzyskał dzięki charakterystycznym wystającym zębom i ten szczegół naprowadził w końcu milicję na ślad. I w Skaryszewach nic już nie było takie jak kiedyś. A to kiedyś tak opisywał autor: „Miasteczko Skaryszewy jest małe, ciche i spokojne. Leży na uboczu, mieszkańcy nie maja zbyt wielu atrakcji i ciągle jeszcze największa rozrywką są tam niedzielne zabawy, gdzie chłopcy zalecają się do dziewcząt, a przy prowizorycznym bufecie pije się piwo, tanie wino i „czystą” z czerwoną kartką”.
„Herona” przeczytałem nawet z pewnym zaciekawieniem, pomijając rozmaite propagandowe wtręty tych historyjek, książka stanowi interesujący dokument czasów i kto wie, czy paradoksalnie (oczywiście poza „Mewami) nie jest to najważniejsze dzieło w dorobku autora.
Przypominają mi się nieco terenowe reportaże Tadeusza Żołnierowicza, których kilka tomów ukazało się w legendarnej Serii z Warszawą. Z tym, że Żołnierowicz był bardziej lapidarny. A Heron w mitologii greckiej syn Zeusa i półbóg. Faktycznie, gość z taką walutą w PRLu mógł uchodzić za półboga.
