Earl Derr Biggers – Czarny wielbłąd 301/2025

  • Autor: Earl Derr Biggers
  • Tytuł: Czarny wielbłąd
  • Wydawnictwo: LTW
  • Seria: Charlie Chan (tom 4)
  • Rok wydania: 2013
  • Przekład: Stanisław Warski
  • Recenzent: Mariusz Młyński

Sławna aktorka Shelah Fane przypływa z ekipą filmową na Honolulu; krytycy zgodnie jednak twierdzą, że po ośmiu latach w Hollywood jej kariera nieuchronnie się kończy.

Podczas rejsu młody, bogaty i nazywany diamentowym królem Alan Jaynes wyznaje miłość aktorce; ona jednak po dopłynięciu na wyspę i spotkaniu z wróżbitą Tarneverro odrzuca oświadczyny tłumacząc się niewyjaśnioną od trzech lat zagadką śmierci aktora Denny’ego Mayo – kobieta widziała mordercę, który znajduje się w tej chwili na Honolulu. Wkrótce podczas przyjęcia Shelah Fane zostaje zasztyletowana w swoim pokoju; do akcji wkracza więc „komisarz Chan z policji kryminalnej w Honolulu, niedawno jeszcze sierżant, lecz z okazji wielkich zmian w tutejszej policji wynagrodzono mnie ponad miarę moich skromnych zasług” (co ciekawe, w oryginale oraz w wersjach gazetowych Charlie Chan jest inspektorem).

Niestety, tym razem jestem rozczarowany, książka jest po prostu więcej niż przeciętna i mimo dwukrotnego przeczytania niewiele po niej zostało w mojej głowie. Jest tu po prostu nijako – intryga jest mało ekscytująca, a nadmiar zwrotów akcji w pewnym momencie zaczął mnie lekko irytować; Charlie Chan z kolei jest tu pokazany wręcz groteskowo i nie ma w nim ani odrobiny charyzmy; dodatkowo nie podobało mi się cytowanie przez niego przy każdej możliwej okazji jakiejś chińskiej mądrości. Owszem, wschodnie przysłowie o śmierci, która „jest czarnym wielbłądem, który nieproszony klęka przed każdymi drzwiami” jest świetne ale duża część innych wydaje się być sztuką dla sztuki. A może wpływ na mój stosunek do tej powieści ma tłumaczenie? Pochodzi ono z 1932 roku i nie dość, że ma trochę niedzisiejszą składnię, to na dodatek ma kilka elementarnych błędów – o inspektorze, który został komisarzem już pisałem ale prawdziwą perełką jest słowo „trolley” przetłumaczone na „omnibus”; myślę więc, że całej serii przydałby się nowy przekład. Ale jest tu kilka naprawdę ciekawych spostrzeżeń: mający dużą nadwagę Charlie Chan z konfucjańskim spokojem twierdzi, że „co ma być, będzie. Czymże jest człowiek, by miał prawo sam oznaczać ciężar swego ciała? To wszystko zapisane jest w przeznaczeniu”; rozmawiając zaś ze swoimi dziećmi wzdycha, gdyż „te dzieci były ogniwami łańcucha, który go łączył z przyszłością. Jak osobliwa była ta przyszłość, zapytywał się nieraz w cichości”. Jednak tak czy inaczej jestem rozczarowany.

Pierwsze polskie wydanie miało miejsce w 1933 roku we Lwowie, 60 lat później mamy wydanie pod tytułem „Charlie Chan” w jakimś egzotycznym wydawnictwie Temark, a kolejne 20 lat później w wydawnictwie LTW mamy z powrotem „Czarnego wielbłąda”; mamy też wydanego cztery miesiące temu e-booka. A „w tak zwanym międzyczasie” drukowano tę książkę w 1971 i 1972 roku w „Gazecie Zielonogórskiej”, „Echu Krakowa” i „Słowie Ludu” – w tym ostatnim przypadku do tekstu raz na jakiś czas dołączony był jakiś pokraczny rysunek. Jest też, oczywiście, film z 1931 roku: jako Charliego Chana widzimy niemalże etatowego w tej roli Warnera Olanda, a jako Tarneverro występuje Bela Lugosi.