Siewierski Jerzy – Barliet i nieżywa służąca 140/2026

  • Autor: Siewierski Jerzy
  • Tytuł: Barliet i nieżywa służąca
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Rok wydania: 1984
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Niebezpieczeństwo czyha w kuchni

W opowiastce (minipowieść, dłuższe opowiadanie) „Barliet i nieżywa służąca” Jerzy Siewierski mierzy się z kryminałem francuskim (wspomnijmy, że to jeden z czterech podobnych pastiszy tego autora i wszystkie zostały już chociaż raz w Klubie MOrd zrecenzowane), wzorując wprost na Simenonie. I przyznam, że całkiem zgrabnie to wypadło, choć intryga rozgrywa się w zbyt wąskim kręgu osób, co nie daje czytelnikowi podstaw do większej samodzielnej zabawy, gdyż wszystkie karty są znaczone. Nic to jednak.

Stylistycznie dość udanie Siewierski naśladuje Simenona i gdyby tylko zamienić komisarza Barlieta na komisarza Maigreta można by się nie zorientować, że to tylko stylistyczna wprawka kogoś innego. Przynajmniej nie od razu. Zaczyna się od opisu pogody w Paryżu oraz stanu ducha komisarza. Tak rozpoczyna się listopadowy poranek, że zamordowano służącą zatrudnioną w pewnym bistro jako pomoc właścicieli tegoż przybytku. Zbrodnia miała miejsce w kuchni, a sprawca użył noża, wbijając go w kark ofiary. O całej sprawie poinformował komisarza jeden z jego podwładnych – Leclerc. Na miejscu zbrodni był już komisarz Fauchois. Tu oczywiście przychodzą na myśl „Maigrety”, w których wielokrotnie Maigret przejmuje sprawę od lokalnych funkcjonariuszy. Leclerc otrzymuje zadanie powęszenia w okolicy i rozpytania na okoliczność kogo się da, zaś sam Barliet bierze w obroty domowników. Oczywiście nie muszę dodawać, ze Barlier pali fajkę, a w trakcie śledztwa nie obywa się bez konsumpcji calvadosu czyli jednego z ulubionych trunków komisarza Maigreta także. W kręgu podejrzanych znaleźli się: pani domu, pan, domu i ich syn. Potem dochodzi jeszcze pewien młodzieniec z sąsiedztwa starający się o serce Angeliki i inwestujący w związku z w bilet do kina i to bodaj po dwakroć. Wychodzi na jaw, że Angelika w chwili śmierci była w ciąży. Sprawa zatem nieco się komplikuje, ale jednocześnie krąg podejrzanych ulega zacieśnieniu. Nad przebiegiem śledztwa unosi się znana nam atmosfera dulszczyzny, która da o sobie znać jeszcze nie raz, a tu drobny przykład: „-Z kim się zadawała? Miała jakiegoś chłopca? – To była przyzwoita dziewczyna, panie komisarzu. W niedzielę chodziła do kościoła. Raz w tygodniu do kina. ale nie zadawała się z żadnym chłopcem”. Taka była konstatacja pani domu, jak widzimy, oparta na niepełnej wiedzy. Strach pomyśleć, co by było, gdyby służąca nie chodziła do kina, ale za to zadawała się z jakimś chłopcem.

Pojawia się także watek społeczno-klasowy. Z przesłuchania syna gospodarzy wnosimy, że Angelika mogła być traktowana jak ktoś gorszy: „(..) Krzątała się po mieszkaniu, sprzątała, gotowała i tak dalej, ale w gruncie rzeczy była niewidoczna. Traktowałem ją tak jakoś…-Jak sprzęt domowy – powiedział Barliet”. I taką postawę ma francuski student, który wiesza sobie nad łóżkiem zdjęcia wycięte z „Plaayboya” i przyznaje, ze czasem wozi na motorze koleżanki ze studiów. Typ nieco zbliżony do niejakiego Zbyszka Dulskiego, co to lampartował się w nocnych kawiarniach, jak pisała swego czasu nieśmiertelna Gabriela Zapolska. Inspektor Barliet ma oczywiście, bo jakże by inaczej, naciski z góry na szybkie zakończenie śledztwa. Musi zatem działać sprawnie, ale nie brakuje czasu na obowiązkowe wędrówki po mieście i wizyty w rozmaitych lokalach, gdzie można zjeść małże, sałatkę z krewetek. W innym zaś miejscu pożywić się zupą rybną duszonym królikiem. Za każdym razem oczywiście w towarzystwie kilku szklaneczek czerwonego wina, w tym raz młodego. Niestety, pisząc te recenzję piłem jedynie herbatę, ale za to bardzo dobrą english breakfast, którą dostałem prezencie, zapakowaną w eleganckie metalowe pudełeczko.