Rudzki Jan – 95-16 124/2026

  • Autor: Rudzki Jan
  • Tytuł: 95-16
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1962
  • Nakład: 30000
  • Recenzent:  Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Tomasza Kornasia
LINK Recenzja Grzegorza Musiałowicza
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Ta cholerna przeszłość w odbiciu neonu coca-coli

Jest rok 1945. Z piwnicy bombardowanego domu w Niemczech udaje się wydostać trzem mężczyznom którzy wcześniej uniknęli zagłady w obozie koncentracyjnym. Mija kilkanaście lat. Jeden z ocalałych – Jan Szel pracuje jako dziennikarz w „Trybunie Wrocławskiej”.

Otrzymuje list od Leona Traubego (drugi z ocalałych) z prośbą o niezwłoczne przybycie do Grosswisen, gdzie ten obecnie mieszka. Gdy Szel pojawia się, otrzymuje informację, że Traube popełnił samobójstwo. Szel podejmuje prywatne śledztwo. Tak rozpoczyna się intryga powieści Jana Rudzkiego „95-16”, wydanej w roku 1962 w serii Labirynt. I jest to bardzo intrygujący kryminał, jak na średnią labiryntową, mimo że bazuje (siłą rzeczy) na popularnych w tym czasie schematach fabularnych (ślad prowadzi w przeszłość, wariant okupacyjny) oraz nie unika pewnej naiwności.

Stosunki polsko-niemieckie, a dokładniej polsko-NRFowskie były wówczas dość napięte i literatura popularna często wśród złoczyńców dostrzegała pogrobowców faszyzmu, powiązanych zwykle ze zbrodniarzami wojennymi, którym udało się uniknąć kary. Oficjalnie Szel udaje się do NRF celem napisania reportażu. Redaktor naczelny przestrzega swego podwładnego: „Jestem przekonany, że nie postąpi pan nierozsądnie”. Szel oczywiście zaprzecza, jakoby myśl o pozostaniu za żelazną kurtyną przemknęła przez jego mózg. Po przybyciu do Grosswisen jest od początku inwigilowany. Tajemniczym mocodawcom donosi o krokach Jana tytułowy agent czyli właśnie „95-16”. Raportuje: „Sportowy garnitur z brązowego tweedu, biała koszula, krawat w skośne paski, brązowe półbuty”. A zatem całkiem elegancko jak na siermiężny PRL. Czytelnik łatwo się domyśla, że samobójstwo Traubego było ukartowane, a za całą sprawą stoi nie jeden człowiek, tylko organizacja. Szel musi to wyjaśnić. Drugie zagadnienie, to tajemnicza walizka, której tropem podąża nasz protagonista. W miasteczku przebywa także trzecia ze wspomnianych na początku postaci – Amerykanin Johnson. Ulokował się w prokuraturze i ma sporą władze. Natomiast problemy sprawia jego żona Caroline, która jest kobietą wielce atrakcyjną, co idzie w parze z brakiem uznawania wierności za cechę istotną. Jej urokowi ulega pół męskiej części miasta, a Jan Szel to wszak tez mężczyzna. Intryga gęstnieje. Poszukiwana walizka pojawia się w przechowalni bagażu, ale dziwnym trafem odbiera ją ktoś nie posiadający stosownego kwitu. O sprawie może coś wiedzieć pewien alkoholik przyjaźniący się z Traubem, ale ulega on wypadkowi i nie wiemy czy przeżyje. Dziwne przypadki i zwroty akcji zasypują czytelnika lawinowo i nieco absurdalnie, ale o dziwo Rudzki świetnie panuje nad narracją i umiejętnie buduje tło wydarzeń, kreśli też udane opisy miejsc, w których przebywają bohaterowie, daje ładny klimat lokalnego miasteczka. To zdecydowanie wynosi powieść ponad przeciętną urzędową labiryntową rutynę. Dlatego szkoda, że nic bliżej nie wiadomo o Janie Rudzkim. Żałować też należy że popełnił tylko dwa kryminały, oba w latach 60. (poza „95-16”, napisał jeszcze „Wilkołaków”, po czym zniknął na zawsze. A było to całkiem niezłe pióro. Szel wykonuje swoje zadanie i nie odpuszcza tropu, ale widać też, ze zgniły Zachód lekko go fascynuje. Pali Giewonty i musi się poddać, gdy częstuje nimi osobę dysponującą Camelami. Zachwyca się rozmaitymi reklamami: „mach mal pause, trink coca-cola” (warto wspomnieć, ze napój ten pojawi się u nas dopiero za Gierka). Będąc z wizytą u Johnsona ma do dyspozycji cherry brandy, Smirnoffa oraz…Benedyktynkę. Spacerując po miasteczku czyta treści neonów. Odnotowuje, że na ulicach rządzą ople i volskwageny. Tak więc śledztwo śledztwem, a delikatne zaintrygowanie Zachodem swoją drogą i autorowi udaje się te delikatne blaski nieco przemycić.

„95-16” zaprawdę wart jest lektury i nawet czytelnicy kręcący nosem na powieść milicyjną (tu w zasadzie szpiegowską) znajdą elementy godne uwagi, no a dla pasjonatów gatunku jest to wręcz lektura obowiązkowa. Co zresztą zgodnym chórem potwierdzają poprzedni recenzenci tego znamienitego tytułu, a wszak pisali o tej powieści tak znakomite klubowe tuzy, jak Klubowicz Tomasz Kornaś, Klubowicz Mariusz Młyński oraz Klubowicz Grzegorz Musiałowicz. Dołączam do tego świetnego grona.