- Autor: Malcharek Mirosław
- Tytuł: Szeryf z Malinowego Wzgórza
- Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
- Cykl: Piotrek i Sławek (tom 2)
- Rok wydania: 1977 (wyd. III)
- Nakład: 30290
- Recenzent: Robert Żebrowski

Kowboje bieszczadzkich połonin
Mirosław Malcharek (1932-2018) najbardziej znany jest ze swojej trylogii dla młodzieży, na którą składają się: „Jeniec koralowej wyspy” (1968) [brak wątku kryminalnego], „Szeryf z Malinowego Wzgórza” (1971) i „Szyper wielorybowego szkunera” (1972) [nie czytałem]. Recenzowana pozycja liczy 237 stron, a jej cena okładkowa to 24 zł.
Akcja toczy się w Bieszczadach, na przełomie lat 60. i 70.
Bezimienny bohater (mężczyzna po trzydziestce, alter ego autora?) j jego znajomi nastolatkowie Piotrek i Sławek, podczas wakacji przybyli z Warszawy w Bieszczady, by tam sezonowo pracować – w charakterze pastuchów – w eksperymentalnym gospodarstwie hodowli bydła w warunkach surowych. Stado, którego mieli pilnować, liczyło około pięćset krów. Oprócz nich, w tym czasie, byli tam tylko pan Józef – osiadły praktyk-hodowca, nadzorca rancza, oraz jego żona.
Niedługo po rozpoczęciu pracy nadzorcy stada zauważyli jak dwaj brudni brodacze – jak się później okazało byli to Gutek z Warszawy i Kajtek z Milanówka – ciągnęli na sznurku Krasulę. Sławek – mistrz dżudo – sam rozprawił się ze złodziejami, a tylko trochę pomógł mu w tym Piotrek wyposażony w „łamigłówkę”. By nie trafić na milicję, obaj sprawcy zgodzili się odpracować swoją winę, lecz już pierwszej nocy uciekli z rancza.
Któregoś dnia gospodarstwo odwiedził miejscowy leśniczy Benedykt Lasek, który poinformował o tym, że na podległym mu terenie działa kłusownik korzystający z broni palnej. Oczywiście zainteresowało to naszych bohaterów. Kiedy w czasie wolnym od pracy we trójkę udali się do lasu na grzyby, Piotrek gdzieś zniknął, a pozostały po nim tylko ślady krwi. Było to niedaleko wąwozu, w którym według pogłosek straszyły duchy. Okazało się jednak, że miały one ciało, a szybko przekonał się o tym „Szeryf” (tak przydomek nadali chłopcy bezimiennemu), który po konfrontacji z jednym z „duchów” stracił przytomność.
By rozwiązać zagadkę tajemniczego wąwozu pojawiła się grupa operacyjna MO, której dowódcą był sierżant Kalinowski, zwany przez kolegów Komandosem , a to z racji tego, że służbę wojskową odbywał w Czerwonych Beretach. Trzech milicjantów poszło w gęstwinę, a reszta czekała w odwodzie jako grupa uderzeniowa. I choć był to las, to jednak zrobiło się w nim bardzo gorąco …
Trzeci wątek kryminalny w tej książce łączy się z leśniczym, który od wiosny 1945 roku pełnił w tym rejonie – jako plutonowy – służbę graniczną, w ramach której m.in. walczył z czotą Hrynia (prawidłowo – Chrin, czyli Chrzan), siejącą grozę zarówno wśród cywili jak i mundurowych. Zrelacjonował on „pastuchom” najważniejsze momenty tych zmagań.
Jak dla mnie to książka ta jest za bardzo przegadana, a przez to zbyt rozwlekła, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że w czasach PRL-u dzieciakom musiała się podobać z uwagi na tematykę i dynamiczne wydarzenia.
PRL-ogizmy: papierosy „Sport”, milicyjny gazik, warszawskie Muzeum Ziemi, piosenka „Jedziemy autostopem” (z roku 1963) śpiewana przez Karin Stanek.
Cytaty:
– „Mundur na nieznajomym człowieku nie jest legitymacją służbową”
– „Ukochany dowódca II Armii Wojska Polskiego” (o generale Świerczewskim)
– „MO wszystko wie”.
