- Autor: Kostecki Tadeusz
- Tytuł: Dom cichej śmierci
- Wydawnictwo: Śląsk
- Seria: z Buźką
- Rok wydania: 1958
- Nakład: 40253
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Marzeny Pustułki

Śmierć skrzypi i zawodzi po nocach
Powieści kryminalne Tadeusza Kosteckiego reprezentują kilka nurtów. Niewątpliwie jednak pisarz ten był specjalistą od jednego tematu, choć różnie sytuowanego. Otóż lubował się w umieszczaniu akcji w samotnym domu, położonym gdzieś na odludziu, w którym dochodzi do szeregu tajemniczych zbrodni, a wszystko utrzymane w atmosferze narastającej tajemniczości i grozy. Był niewątpliwe specem od budowania klimatu, który wciąga czytelnika i nawet jeżeli widzimy niedostatki intrygi czy dość pokrętną logikę, to z chęcią czytamy do końca. Kostecki był bowiem także mistrzem stylu. Rozpoznawalnego po kilku zdaniach. Dziś, po kilkudziesięciu latach od śmierci autora – przypomnijmy – zmarł w roku 1961, nadal dobrze się czyta jego powieści. Taką, jak choćby „Dom cichej śmierci” (tu od razu kojarzą się tytułu z tego samego pnia, ze tak ujmę – „Jak śmierć jest cicha”, „Cicha jak ostatnie tchnienie”). Już na pierwszej stronie dowiadujemy się, że „oddalona od sąsiadów willa tonęła w ciemnościach”. To zdanie ustawia całą powieść. Oto do zamieszkałego tu profesora Williama Hoppe, słynnego archeologa, przybywa jego siostrzeniec, Jack Granmore. Miał zostać wezwany alarmującym listem. Okazuje się jednak, że profesor nie wysłał listu, choć go napisał. I to jest pierwsza zagadka. Jednocześnie dowiadujemy się, że kuzyn Robert nie żyje. Miał umrzeć z przyczyn naturalnych, na zapaść sercową. Dziwne, gdyż był to młody, zdrowy i wysportowany człowiek. Jednocześnie ktoś się włamał i skradł część kolekcji profesora, na którą składały się postacie indiańskich bożków. Jakby tego był mało w przydomowym ogrodzie ujawniono zwłoki nieznanego człowieka. Do akcji wkraczają policjanci ze Scotland Yardu, z porucznikiem Henrym Hopkinsem na czele. Po nagromadzeniu tych wydarzeń akcja nieco zwalnia, na rzecz kondensacji klimatu grozy. Tajemniczy ktoś wydaje się spacerować nocą po willi. Widać niknące cienie i słychać dziwne skrzypienie schodów. Bratanek profesora dobywa pistolet i wraz z z córka profesora – Kay, usiłuje dopaść dziwnego intruza. W willi zamieszkuje jeszcze kilka innych osób, o niektórych – na przykład szoferze, dowiadujemy się dopiero w drugiej części powieści. Także pies Nero pojawia się nagle, niczym królik wyciągnięty z kapelusza. Sprawa martwego człowieka w ogrodzie na długo znika z narracji. Podobnych niedoróbek jest tu sporo i można odnieść wrażenie, że autor traktuje niektóre elementy dzieła po macoszemu, skupiając się główne na podtrzymywaniu napięcia. Kto będzie koleją ofiarą i dlaczego? To pytanie ma napędzać zainteresowanie czytelnika. No i w jaki sposób dochodzi do śmierci kolejnych osób? Śmierć pochodzi z wewnątrz, czy działa ktoś spoza willi? Po truposzu w ogrodzie wiemy, że „Dom cichej śmierci” nie jest typowym schematem wyspy, gdzie zbrodniarz musi kryć się wśród domowników, ale przecież może. Tym bardziej, że zło czai się wszędzie. Na przykład w takim akapicie: „Jęzor jasności liznął przelotnie ścianę. Na mgnienie oka podłoga rozbłysła jak płyta polerowanego srebra. Cienko brzęknęło tłuczone szkło. Na oczy spadła nieprzenikniona zasłona mroku”. Czyż dla takich właśnie fragmentów nie warto wracać dziś do twórczości Kosteckiego? Moim zdaniem zdecydowanie warto, ale jestem świadom, że to to dziś literatura raczej dla pasjonatów i koneserów, czyli dla zdecydowanej mniejszości czytelników. Nie zmienia to faktu, że współcześnie wznowiono niemal całą twórczość autora „Domu cichej śmierci”, w czym przed wszystkim zasługa wydawnictwa LTW, które ocala tego pisarza od zapomnienia. Powieść ta dostępna jest także jako ebook i audiobook. „Dom cichej śmierci” należy do nurtu pseudoanglosaskiego w twórczości autora, choć oczywiście jest to pojęcie umowne – gdyby zamieć kilka nazw i nazwisk na polskie oraz usunąć sztucznie wrzucone angielskie frazy, to powieść ta równie dobrze mogłaby rozgrywać się na przykład w Podkowie Leśnej, z którą to miejscowością Tadeusz Kostecki był przez pewien czas formalnie związany. Natomiast jak ktoś nie przepada za umieszczaniem akcji poza krajem, ale lubi zagadki samotnych domów, to polecam na przykład „Trującą mgłę”, którą to powieść też mam w dobrej pamięci.
