Nakielski Henryk – Jako i my odpuszczamy 515/2025

  • Autor: Nakielski Henryk
  • Tytuł: Jako i my odpuszczamy
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Świadkowie Historii
  • Rok wydania: 1989
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Robert Żebrowski

…naszym winowajcom, którzy z asa lotnictwa myśliwskiego, usiłowali zrobić fikcyjnego asa szpiegostwa, by móc skazać go na śmierć

Henryka Nakielskiego możemy znać z wydanej w „Kluczyku”, w roku 1990, powieści „Tajemnica krypty przeorów”. Recenzowana pozycja jest zbiorem pięciu reportaży opisujących wojenne i powojenne losy pięciu Polaków. Liczy ona 176 stron, a ceny ani okładkowej, ani naklejkowej nie ma. Nabyłem ją dla ostatniego, liczącego 29 stron, opowiadania pt. „Powroty”.

Pułkownika Stanisława Skalskiego poznał autor w lutym 1987 roku, na herbatce u pani Wandy, w Warszawie na Nowym Mieście. Rozpoczętą wtedy z nim rozmowę dokończył dwa tygodnie później. Dało to podstawy do napisania tego reportażu.

Stanisław Skalski (1915-2004) był pierwszym alianckim asem lotnictwa myśliwskiego w czasie II wojny światowej (w kampanii wrześniowej strącił 5 samolotów wroga, co było wynikiem minimalnym do otrzymania tego tytułu) oraz największym polskim asem tej wojny (w sumie 19 zestrzeleń). Za swoją służbę wielokrotnie był odznaczany, m.in. Krzyżem Srebrnym i Krzyżem Złotym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po zakończeniu wojny, będąc w stopniu podpułkownika, po rozwiązaniu Polskich Sił Powietrznych w Anglii, otrzymał propozycję przyjęcia obywatelstwa brytyjskiego i służby w RAF, z zachowaniem posiadanego stopnia, co w ówczesnej sytuacji było ogromnym wyróżnieniem. Zdecydował się jednak powrócić do ojczyzny, co miało miejsce w dniu 8 czerwca 1947 roku. W miesiąc później objął stanowisko Inspektora Techniki Pilotażu w Dowództwie Wojsk Lotniczych Wojska Polskiego w Warszawie.

4 czerwca 1948 roku zadzwoniła do niego żona Władysława Śliwińskiego, kolegi-pilota z czasów wojny, informując, że jej mąż nie wrócił do domu. Prowadzone przez Skalskiego poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Postanowił udać się do mieszkania Śliwińskich na rozmowę z jego żoną. Okazało się, że w lokalu tym był „kocioł” zorganizowany przez UBP. Czarnym, służbowym Citroenem [Truction Avant] przewieziono go do gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej. Przesłuchiwał go Józef Różański – dyrektor Departamentu Śledczego MBP – zbrodniarz stalinowski, który znany był z tego, że najpierw opracowywał tezy oskarżenia, a następnie dopasowywał do nich materiał „dowodowy”, czyli zeznania lub wyjaśnienia uzyskane za pomocą tortur. Odnośnie Skalskiego wymyślił, że jest on rezydentem wywiadu anglo-amerykańskim, a jego wtyczką w MBP był – niewygodny Różańskiemu – pułkownik UB Jastrzębski. Skalski oczywiście do niczego się nie przyznał. Został umieszczony w klatce bez okna, która miała powierzchnię siennika. Później dokooptowano tam jeszcze trzy osoby. Drugie przesłuchanie miało miejsce w październiku, cztery miesiące po pierwszym (!), kiedy podejrzany był już w więzieniu na Mokotowie, a trzecie w marcu 1949 roku (!!!). W więzieniu tym pilot spotkał Władysława Śliwińskiego, który przeprosił go za to, że przez niego tu trafił. Po kilku latach Skalski dowiedział się, że Śliwiński przed powrotem do kraju z Anglii prawdopodobnie został zwerbowany przez pułkownika Leona Bortnowskiego z „Dwójki”, czyli wywiadu rządu RP na uchodźstwie.

Od marca 1949 roku zaczęły się regularne całonocne przesłuchania Skalskiego. Pułkownik S. stwierdził: „Był pan asem lotnictwa, a teraz chciał pan zostać asem wywiadu?”. Wśród stosowanych wobec niego tortur było m.in.: sadzanie na nodze odwróconego stołka („współczesna łagodna odmiana wbijania na pal”) oraz stanie w tzw. „kominie Różańskiego” („w wąskiej betonowej klatce z nogami po uda w ludzkich ekskrementach, zmarznięty, godzinami …, aż do kompletnego wyczerpania”). „Przesłuchania” trwały do końca lata 1949 roku. Na tydzień przed Wielkanocą 1950 roku odbył się proces (tzw. kiblowy, gdyż odbywał się w … celi, choć nie tej, którą zajmował oskarżony). Sędzią był major Mieczysław W., a towarzyszyło mu dwóch oficerów z … KBW. Był też obecny mecenas, ale jedynie jako kibic. Jedynym świadkiem oskarżenia był Śliwiński, który w niczym nie obciążył kolegi. Na podstawie tak „mocnych” dowodów (brak przyznania się do winy i nieobciążąjące zeznanie świadka) – tydzień później – Stanisława Skalskiego skazano na karę śmierci. Kiedy „sędzia” udzielił oskarżonemu głosu, ten poprosił o otworzenie lufcika, „żeby trochę sprawiedliwości wpadło do tej sali”. Po ogłoszeniu wyroku, Skalski miał ustawowe 7 dni na odwołanie się od wyroku do Najwyższego Sąd Wojskowego, bo dopiero po odrzuceniu odwołania można było pisać o łaskę do Prezydenta Rzeczypospolitej, czyli Bolesława B. Nie napisał on jednak tego odwołania, co wszystkich dookoła wprawiło w konsternację, a jemu samemu … ocaliło życie. Po latach dowiedział się prawdy od jednego „stalinowszczyka”: „Gdyby napisał pan odwołanie, gdyby się pan przyznał i prosił o łaskę – wykonaliby wyrok. Chcieli mieć niezbity dowód, chcieli mieć alibi i pan im go nie dał”. Tymczasem Skalski czekał na wykonanie wyroku. W styczniu 1951 roku zapadła decyzja o zmianie mu kary śmierci na dożywocie, „zapomniano” mu jednak o tym powiedzieć. Do wiosny siedział w więzieniu z widokiem śmierci przed oczyma. Torturowano go jednak dalej: co jakiś czas przychodzili i kazali mu się zbierać – nie wiadomo czy na śmierć czy do innej celi. Ostatni miesiąc na Mokotowie przesiedział w celi z byłym dowódcą SS i policji w Warszawie – Paulem Geibelem. Tak zrównali polskiego podniebnego asa z hitlerowskim zbrodniarzem. Ten, gdy wysłuchał wojennej przeszłości pilota zakończonej wyrokiem śmierci, stwierdził, że Polska to nie państwo, ale dom wariatów. Kiedy wreszcie ogłoszono Skalskiemu akt łaski, został przewieziony do więzienia w Rawiczu. Więzienie, ale już we Wronkach, opuścił 20 kwietnia 1956 roku, po rozprawie rewizyjnej jaka odbyła się przed Najwyższym Sądem Wojskowym. Jedynym plusem 8-letniej odsiadki był rękopis powieści „Czarne krzyże nad Polską”, którą niedługo potem opublikowało w odcinkach czasopismo „Kierunki”.

Jak widać opowiedziana w reportażu historia jest ciekawa, choć tragiczna i bulwersująca. Opowiadanie to nie jest typowym reportażem sądowym, choć dotyczy typowych z przełomu lat 40. i 50. wydarzeń – śledztw i procesów prowadzonych wobec osób niewygodny dla stalinowskiej Polski. I choć mamy tu przedstawione śledztwo, rozprawę sądową zakończoną wyrokiem, a potem aktem łaski, mamy nawet opisany przebieg kary, to jednak zabrakło tu najważniejszego, a mianowicie samego czynu zabronionego, przestępstwa, bo zbrodnia zarzucona Stanisławowi Skalskiemu była jedynie wytworem fantazji pokręconego i morderczego umysłu zagorzałego komunisty, sowieckiego enkawudzisty i politruka, kapitana WP, oficera MBP – Józefa R.