Francis Clifford – Ale Klub nie przebacza 516/2025

  • Autor: Francis Clifford
  • Tytuł: Ale klub nie przebacza (Amigo, amigo)
  • Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 20298
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Gwatemala znaczy miejsce wielu drzew

Francis Clifford (1917-1975) był jednym z ulubionych autorów wydawnictwa PAX, które wydało kilkanaście jego książek. Pisarz ten urodził się jako Arthur Bell Thompson. Pseudonim Clifford powstał z połączenia sylab miejsca urodzenia jego (Cliff-ton) i jego żony (Water-ford), a przybrane imię Francis jest wyrazem fascynacji osobą św. Franciszka z Asyżu. Początkowo był on protestantem, przez 7-8 lat ateistą, by w końcu zostać katolikiem. W swoich książkach tematykę sensacyjną, kryminalną i wojenną (w czasie II WŚ walczył w Bimie z Japończykami) łączył z rozważaniami filozoficzno-moralnymi, które miały bardziej postać pytajników niż stwierdzeń. Ciekawostką jest fakt, że jego powieść szpiegowska „Strach przychodzi nocą” toczy się m.in. w Warszawie.

Recenzowana powieść miała swoją premierę w roku 1973, a w Polsce dwa lata później. Liczy ona 187 stron, a jej cena jest skutecznie zamazana przez poprzedniego właściciela. Drugie polskie wydanie miało miejsce w roku 1985 (okładki na zdjęciach wg kolejności wydań).

Akcja toczy się w Meksyku i Gwatemali, w roku 1973.

W czasie pobytu w stolicy Meksyku angielski dziennikarz Antoni Lorrimer wszedł w posiadanie fragmentu rękopisu zbrodniarza hitlerowskiego – Petera Riemecka, który zajmował wysokie stanowisko w strukturach SS, będąc swego czasu zastępcą Heydricha. Zapis dotyczył SS-Oberfuhrera Lutza Kröhla, który prawie 30 lat temu, w latach 1943-1944 prowadził kartotekę i administrację obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, a który po wojnie uciekł do Boliwii, gdzie przeszedł operację plastyczną. Podawał się za uciekiniera z Europy z powodu prześladowań, jakich doznał w obozie koncentracyjnym, a żeby nadać temu pozory kazał sobie wytatuować oświęcimski numer obozowy, choć numer taki nie figurował w ocalałych obozowych kartotekach. Uciekł z Boliwii, gdy zaczęto tego dochodzić. Przybył do Gwatemali, gdzie numer zasłonił tatuażem kwiatu. Przyjął tożsamość Karla Stemmle, Aktualnie ten 63-letni człowiek od 10 lat mieszkał w małej miejscowości Navalosa („kilkanaście domów, kościół, sklep, gospoda”), położonej w wulkanicznych górach Sierra Madre, około 20 km od granicy meksykańskiej, gdzie prowadził praktykę dentystyczną i znachorską, wśród ubogiej, miejscowej i okolicznej ludności, często nie biorąc za to od nich pieniędzy, ciesząc się ogromnym szacunkiem i poważaniem z ich strony.

Lorrimer postanowił sprawdzić te informację. Dlatego też bez zbędnej zwłoki udał się do Navalosy. Przybył tam pod legendą fotografa zbierającego materiały do reportażu o wulkanach Gwatemali, w tym pobliskiej La Candeli. Zamieszkał u księdza na plebanii. Zanim udał się do dentysty, który wyszedł gdzieś w góry, odpoczywał, popijał tequilę i słuchał radia. Z niego dowiedział się, że w nieodległym Zacalocas bandyci napadli na Bank Narodowy. Już drugiego dnia pobytu dziennikarz stwierdził: „Miesiąc w Navalosie, a zwariowałbym albo się zapił”. Kiedy Stemmle powrócił do domu, Lorrimer udał się do niego jako pacjent, ze starym ubytkiem w zębie. Kiedy się spotkali pogawędzili sobie, a Niemiec szybko się zorientował, że Anglik ani nie ma bolącego zęba, ani nie jest też fotografem od wulkanów. Kiedy dziennikarz zarzucił gospodarzowi, kim ten tak naprawdę jest, tamten wszystkiemu zaprzeczył. Kiedy Lorrimer zdradził Kröhlowi, kto był autorem informacji o nim, wówczas Niemiec bardzo się speszył. Ich rozmowę przerwało wtargnięcie do mieszkania uzbrojonego w rewolwer mężczyzny. Polecił on dentyście zająć się jego rannym towarzyszem, który pozostał na zewnątrz. Okazało się, że byli to dwaj pistoleros – sprawcy nieudanego napadu na bank w Zacalocas, którzy postanowili odbić sobie niepowodzenie w Navalosie i ograbić jej mieszkańców. Lorrimera, Stemmle i jego kobietę o imieniu Mercedes wzięli oni jako zakładników.

To nie jest powieść, w której trup ściele się gęsto, a krew leje obficie, choć do zabójstw w niej dochodzi. To nie jest też pozycja, w której jakiś policjant z problemem rodzinnym lub alkoholowym prowadzi śledztwo, choć milicja się pojawia, a pewien jej kapral odegrał przełomową rolę. Nie jest to książka, w której zbrodniarz jest zdeprawowany do cna, choć kiedyś taki był. Mimo przestępstw w niej opisanych, najważniejsza jest w tym wszystkim kwestia, czy mimo przemiany życia i wysiłków, by zadośćuczynić za zło uczynione przed laty, a do tego będąc wręcz niezbędnym dla odciętej od świata, a przede wszystkim od lekarzy, ubogiej społeczności, ma się moralne prawo uniknąć kary za zbrodnie, dalej żyć i móc przebywać na wolności. Proza Clifforda jest ciekawa i zaskakująca, choć nie jest prosta w czytaniu, łatwa w odbiorze i oczywista w interpretacji. Jedno jest pewne: ona wciąga, nawet bardzo. Na moim czytelniczo-recenzenckim celowniku pojawiła się teraz – podobno najlepsza – jego powieść kryminalna – „Żegnaj Grosvenor Square”.