Francis Clifford – Polowanie 537/2025

  • Autor: Francis Clifford
  • Tytuł: Polowanie (The Hunting Ground)
  • Wydawnictwo: Książnica
  • Rok wydania: 1997
  • Nakład: nieznany
  • Recenzent: Robert Żebrowski

„Pan-Americano”, czyli człowiek, który szuka problemów nie musi daleko chodzić

Recenzowana powieść nie była wydana w PRL-u, choć Francis Clifford – szczególnie za sprawą Instytutu Wydawniczego PAX – cieszył się u nas popularnością, a w Wielkiej Brytanii miała ona swoją premierę dość wcześnie, bo w roku 1964 (środkowa okładka). Tę „cliffordowe” braki z poprzedniej epoki dzielnie nadrobiło Wydawnictwo „Książnica”, wydając w jednolitej szacie graficznej osiem – tylko sensacyjno-kryminalnych – książek tego autora, z czego połowa tytułów debiutowała na naszym rynku.

„Polowanie” liczy 230 stron, cena okładkowa to 10 zł, a na tylnej okładce znajduje się napis: „Powieść sensacyjna”, z którym trudno się nie zgodzić.

Akcja toczy się na fikcyjnej wyspie Santa Marta na Karaibach, na początku lat 60.

Pracujący dla londyńskiego czasopisma „Four Seasons” 34-letni Irlandczyk z Dublina – Harry Sean Brennan cały dzień spędził w Górach Colmillos polując na kolibry. Robił to przy użyciu aparatu fotograficznego „Retina Reflex” [Kodak, produkowany od roku 1957] ze stupięćdziesięciomilimetrowym obiektywem i ultrafioletowym filtrem. Na tej czynności zastał go zmrok. Senną już atmosferę rozproszył huk przelatującego mu nad głową pasażerskiego odrzutowca, który zanim się rozbił i eksplodował skosił połać lasu. Dzięki temu fotograf bezbłędnie trafił do wraku. Znalazł tam leżące na ziemi zwłoki dwóch mężczyzn, a trzeciego nieboszczyka siedzącego na fotelu wciśniętym pomiędzy gałęzie drzewa, na wysokości około sześciu metrów. Odruchowo zrobił im zdjęcia, a także fotki oderwanego ogona maszyny i jej rozbitego kadłuba. Kiedy stwierdził, że jego obecność nikomu tu w niczym nie pomoże ruszył w drogę powrotną do swojego samochodu. Był pewien, że upadek samolotu zaobserwowano w najbliższym miasteczku, czyli odległym o czternaście kilometrów Pozoblanco. Kiedy dotarł już do drogi spotkał grupę sześciu wiejskich policjantów i księdza szukających miejsca katastrofy. Zaproponował im, że ich tam zaprowadzi. Gdy już tam dotarli zauważyli prowadzący akcję ratunkową kilkunastoosobowy oddział żołnierzy, którzy zostali zdesantowani z helikopterów, a którymi dowodził kapitan. Brennan opisał to, co zastał na miejscu, kiedy był tu po raz pierwszy. Kiedy powiedział, że wykonał wówczas serię zdjęć, kapitan kategorycznie zażądał od niego wydania filmu. Fotograf nie chciał się z nim rozstać z uwagi na utrwalone na nim cenne ujęcia kolibrów. Po długiej i coraz bardziej gwałtownej wymianie zdań, Brennan wyjął z torby film i przekazał go oficerowi. Film nowy i nieużywany. Zapytany o swoje dane skłamał, że nazywa się Robert Brown i mieszka w hotelu Clara w La Paz. Faktycznie mieszkał w tej miejscowości, ale w hotelu Oasis. Wrócił tam wykończony, więc położył się spać, by wstać dopiero o 18ej. Od razu sięgnął po południówkę „La Verdad”, jednak, co go niezmiernie zdziwiło, nie było tam ani słowa o katastrofie lotniczej w Colmiloos. Co więcej, nikt z jego znajomych z hotelu, w tym jego sympatia – Alison Stacey, jak również nikt z pozostałych osób z którymi rozmawiał, nie słyszał o niczym takim. Dopiero w głównym dzienniku wydawanym na wyspie – „El Nuevo Mundo” napisano o wypadku lotniczym – z nieustalonych przyczyn – samolotu transportowego Sił Powietrznych Santa Maria, którego załoga i dziewięciu pasażerów – technologów lotnictwa poniosło śmierć na miejscu. Brennan oddał film ze zdjęciami samolotu do wywołania przez znanego mu fotografa. Następnego dnia okazało się, że film był … prześwietlony, a udział w tym mieli miejscowi „oni”.

Po niedługim czasie w sposób bardzo zawoalowany skontaktował się z Brennanem jakiś nieznany mu mężczyzna, który nalegał na spotkanie. Irlandczyk zgodził się, ale na spotkanie zabrał ze sobą pistolet automatyczny „Ortgies” kaliber 7,65 [produkowany był w Niemczech w okresie międzywojennym]. Nieznajomym mężczyzną okazał się Matthew Lloyd z londyńskiego „Sunday Herald”. Poinformował on fotografa o swoich podejrzeniach dotyczących katastrofy, że wypadkowi uległ nie samolot wojskowy, ale pasażerski Convair 880 [produkowany w latach 1959-1962] – dar dla prezydenta Manuela Francisco Lopeza prosto z Waszyngtonu, i że na jego pokładzie – nie, tego nie zdradzę! Brennan z Lloydem połączyli siły. Szybko zrobiło się groźnie i policyjnie, a do tego pościgowo, wystrzałowo i krwawo. Nie wszystko się udało Brennanowi z tego zrozumieć, ale najważniejsze, że działał odważnie i ofiarnie.

Książka ta jest dość przyjemna w odbiorze i w połowie lat 60. mogła być w UK przebojem. Wtedy też należało wydać ją w Polsce, gdy nie było jeszcze mody na MacLeana, Bagleya, Forbesa, Higginsa czy Ludluma. Teraz już nie jest tak atrakcyjna, choć zagadka z niej wciąż może intrygować. Fanom Clifforda powinna się spodobać, choć jest trochę inna niż główny nurt prezentowany przez tego pisarza.