Zeydler-Zborowski Zygmunt – Krzyżówka z Przekroju 24/2014

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Krzyżówka z „Przekroju”
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria:
  • Rok wydania: 1976
  • Nakład:
  • Recenzent: Wiesław Kot

Każdy chłop zbytnik, choćby nawet i dyrektor

Utwór kryminalny ten podejmuje arcyistotną kwestię awansu społecznego na styku wieś-miasto w latach Polski Ludowej.
Zacznijmy, wzorem Reymonta, od opisu przyrody:
„I znowu przyszła jesień. Znowu z drzew spadały kolorowe liście, a pola pachniały świeżo zoraną ziemią. Wrony całymi stadami siadały na czarnych skibach, zające kryły się po lasach, srebrzysty szron osiadał wczesnym rankiem na przydrożnych krzakach. Magda dała świniom jeść”.
Najpierw pokolenie schodzące w kilku sugestywnych scenach. Atmosferę życia wiejskiego oddają dialogi. W kwestii postępów alkoholizacji:
„Uważniej popatrzyła na męża.
– Znowu piłeś z młynarzem.
– Jakie tam picie. Nawet i pół litra nie było.
– Wiesz, że ci wódka szkodzi.
– To nie była wódka. Nalewka swojej roboty.
– Nalewka, nie nalewka, a zawszeć wódka. Wiesz, że ci doktór zakazał.
– Daj mi spokój z doktorem. Innym zakazuje, a sam chleje jak
świnia”.
W kwestii życia domowego:
„- Mnie nikt nie oszuka. Stara baba jestem i na tych rzeczach się wyznaję.
Kalina poczerwieniał. Stał przed żoną na rozkraczonych nogach i zaciskał pięści.
– Przestań gadać byle co, bo jak cię prasnę…”
W trakcie wnikliwych dyskusji poruszane są bieżące problemy związane np. z produkcją mąki:
„- We młynie, jak to we młynie — burknął Kalina i usiadł ciężko na ławie stojącej pod ścianą”.
I pokolenie wstępujące. Oto Wojtek. Najkrótsza charakterystyka: „Chłopak był dobrze rozwinięty fizycznie, ale nie robił wrażenia przesadnie bystrego. Jeżeli dysponował pewną dozą wrodzonej inteligencji, to była ona bardzo starannie ukryta”. Siedziałby sobie ten Wojtek na kieleckich hektarach i obrabiałby żywinę jak jego ojciec. Ale – nie! On musiał puścić się za jakąś latawicą do Warszawy. Ta go skołowała, namówiła na napad, wreszcie wystawiła. I przesiedział się, bo nikogo nie sypnął. Teraz wychodzi i dawny kumpel w ramach rekompensaty załatwia mu posadę wykidajły w luksusowym kasynie pod Warszawą. Gdzie zjeżdżają się wielcy państwo samochodami ze znaczkiem CD. W takim otoczeniu Wojtek przechodzi ciernistą drogę dojrzewania.
Nie jest już taki głupi:
„Wprawdzie kilkakrotnie zaczepiały go usłużne dziewczęta, ale Wojtek bał się ich i uciekał. Zbyt dużo nasłuchał się w więzieniu o najrozmaitszych chorobach”.
Osłuchał się nawet z językami obcymi
„>>Yes, yes<< to byli Anglicy albo Amerykanie, a >>Ja, ja<< to byli Niemcy. Na tyle się wycwanił”.
Język polski służy mu wiernie, jak zawsze: „Zawsze ładna, cholera — myślał, jadąc w kierunku śródmieścia. — Nic się, ścierwo, nie zmieniła”.
Oczywiście, Wojtek odstępuje od skompromitowanej tradycji wsiowego pijaństwa:
„- Za koniak dziękuję — powiedział, widząc, że Beata sięga po butelkę.
– Ani kieliszka?
– Ani kieliszka. Nie używam alkoholu.
– O! — zdziwiła się. — Co się stało? Jesteś chory?”
Ta kwestia wraca zresztą w powieści refrenem:
„- Może i wódki także nie pijesz?
– Żebyś wiedział, że nie. Prawie od roku ani kropli.
Karaluch gwizdnął przez zęby.
— Fiuuu… To z tobą rzeczywiście nieklawo. Chory jesteś?”
Ze wzmiankowaną Beatą uczy się wieść salonowe konwersacje:
„Rozmawiali na tematy oderwane, trochę o pogodzie, trochę o motoryzacji, to znowu o konflikcie bliskowschodnim”.
Oswaja się z metodyką pracy w wielkim mieście: „Robotnicy, którzy ustawili wokół pałacu rusztowania, wypili pół litra wódki, popalili papieroski i poszli”.
Ta kwestia występuje w powieści szczególnie natarczywie, niekoniecznie w związku z Wojtkiem:
„Mruk jakiś cholerny. W ogóle nie chce gadać. Nawet pół litra żytniej eksportowej
żadnego wrażenia na nim nie zrobiło. Mruknął tylko „wątroba” i poszedł”.
„Szef warsztatu samochodowego: nie zważając na słowa protestu napełnił spore kieliszki rubinowym płynem.
– Czarna porzeczka — powiedział z triumfalnym błyskiem w oczach. — Sama najlepsza witamina. Samo zdrowie”.
Kawałek dalej – ten sam teoretyk i praktyk spożycia: „Nie powiem, żeby moja żona była trunkowa, ale lubi sobie od czasu do czasu trzasnąć kielicha, a szwagier to w ogóle szkoda gadać. Po prostu, jak to mówią, oliwa. U mnie w domu jeżeli wódka postoi tydzień, to można powiedzieć, że już starka”.
Wróćmy jednak do fabuły. Otóż Wojtek bardzo powoli wyciągał wnioski z własnych doświadczeń. Z tym, że – dodatkowo – inni zauważali to szybciej niż on sam. Więc wrobili go po raz drugi. Tym razem na bogato. W morderstwo. Wyciągnęła go jednak pewna wiejska dziewucha, której niewinność panieńską ocalił wieczorem w pewnym warszawskim parku. Ona sama poza dziewictwem wielkich atutów nie miała. Ale tego jednego strzegła mimo upływu lat. Powtarzała: „Każdy chłop zbytnik, choćby nawet i dyrektor”. Dzięki temu ów bezcenny dar zachowała dla Wojtka, co stanowi – poza wykryciem mordercy – ostateczny happy end.
Ale jeszcze drobiazgi z prawa i lewa. Ale smaczne. Śledztwa wyjątkowo nie prowadzi major Downar. Bo chory: „Jakieś sprawy żołądkowe. Nerwica, oczywiście. Cóż chcecie…? W naszej robocie to albo owrzodzenie żołądka, albo w ogóle do zakładu psychiatrycznego”.
Na kartach powieści prekursorsko pojawia się jakże modna dziś tematyka gender. Przełożony pyta sierżanta Pakułę:
„- Macie ochotę poflirtować trochę z ładną, młodą dziewczyną?
— Za starym — westchnął melancholijnie Pakuła.
– Hm… — Olszewski zamyślony strzelił parę razy palcami.
— Zaraz… zaraz… Jest tam także i ogrodnik.
Sierżant skrzywił się z niesmakiem.
– Z ogrodnikiem flirtował nie będę. Nie lubię”.
Od gender blisko do nieformalnych związków. Mówi niejako Bolcio: „ — ale tak się jakoś składa, że mam powodzenie u dziewczyn. Już niejedna ciągnęła mnie do ślubu. Zawsze się wywinąłem.
– Tak boicie się małżeństwa?
– Bać się nie boję, ale nie spieszy mi się. Wolę z wolnej ręki”.
I zagadka historyczna. Pewna wiejska dziewczyna w połowie dekady gierkowskiej cięgiem ogląda telewizję: „Ino się w ten telewizor gapię jak głupia. Czasem to i usnę, jak takie byle co zaczną gadać. Trudno wyrozumieć, o co im chodzi”. Czy ona nie rozumie dlatego, że taka głupia, czy dlatego, że to „propaganda sukcesu”?
W kwestii używania polszczyzny przez naszego ulubionego autora stwierdzamy pewne stałe trendy. Na przykład regularną skłonność do przekształcania frazeologizmów, których się z zasady nie przekształca. Ale nie przesmradzajmy.
„Siedzi człowiek z rozdziawioną gębą i gapi się jak wół na malowane wrota”. Niby powinno się gapić cielę, ale…
„Jeżeli nawet coś takiego zauważyłeś, to gęba w kubeł i ani słowa”. Niby „w kubeł” to miała być „morda”, bo „gęba” to „na kłódkę”. Ale…
„Panie, świeć nad jego duszą”. Niby mówi się albo: „Panie, poświeć pan”, albo „Świeć Panie nad jego duszą”. Ale…
„Nie było go dwa dni i wszystko spoczywało na głowie pana Wiktora”. Spoczywać na głowie pana Wiktora to może np. klucz francuski, gdy go sobie tam położy. Obowiązki się „ma na głowie”. Ale…
Czasem mylą się słowa gwarowe: „Umyj się trochę, ochajtnij. Zaraz zjemy kolację”. Niby powinno być „ogarnij się”, bo „ochajtnij się” znaczy: wyjdź za mąż. Ale…
Autor w kwestiach językowych powiadamia nas często o tym, co i tak widać: „Poważnie się obawiał, że trafiła przysłowiowa kosa na kamień”. Jak ona, ta kosa, trafia już na ten kamień, to my się orientujemy, że ona jest przysłowiowa. Ta kosa.
I dalej w ten deseń: „Kociuba przez chwilę przyglądał się tej eleganckiej, świetnie zbudowanej kobiecie, która, mimo iż dosyć już dawno przekroczyła przysłowiowy balzakowski wiek…”
Poza tym w powieści nie wraca się tak po prostu z Włoch, bo Włochy to mogą być pod Warszawą: „Przed rokiem wróciła ze słonecznej Italii…”
Zdarzają się jednak autorowi takie zdania, że tylko oprawiać w ramki:
„Podczas gdy Kociuba rozpracowywał szczeciński teren…”
Major Kozerski ze Szczecina: „- Ale nie przesadzajmy uprawy”. W sensie: nie przesadzajmy, towarzysze.
Żeby czytelnik nie pobłądził, zarówno w powieści jak i w życiu, autor klaruje mu świat gęsto rozstawionymi wskazaniami. Tylko się ich trzymać, a zdrowie, bezpieczeństwo i powodzenie więcej niż pewne:
Jak są pieniądze, to i o kochanie łatwiej.
Każdemu chłopu takie rzeczy w głowie.
Wszystko się jakoś ułoży.
Każdy początek jest trudny. (naczelnik więzienia)
Każdy początek jest trudny. (personalny w fabryce)
Najpiękniejsze, najwspanialsze rzeczy szybko powszednieją.
Każdy jest raczej skłonny „obsmarować” bliźniego niż go chwalić.
Ludzie uwielbiają sensację, szukają jej i dopatrują się jej wszędzie.
Jeżeli nic się nie dzieje, to chociaż poplotkować miło.
Na szacunek, na życzliwość ludzką trzeba zarobić.
Sobotnie popołudnie zawsze jest bardziej ożywione niż taki zwyczajny dzień.
W takim mieście jak Warszawa rok się można szukać i się nie znaleźć.
Nie ma to jak na wolności, i popić możesz, i jakąś dziewuchę poderwać.
Tylko frajerzy pracują w fabryce.
Każdemu może się noga pośliznąć.
Jak ktoś uczciwą robotę robi, to się nie potrzebuje z tym kryć.
Co to, to nic.
Nie od razu Kraków zbudowano.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Jednym zawsze jest lepiej, a innym gorzej.
Któż nie ma kłopotów.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Mowa jest srebrem, a milczenie złotem.
Niebezpiecznie jest późnym wieczorem po parkach łazić.
Z chłopem to nigdy nic nie wiadomo.
Cenne dokumenty są związane nie tylko z aferami szpiegowskimi.
Ot, baba, jak to baba. Niech no tylko krzepkiego chłopaka zobaczy, to zaraz zaczyna do niego
oczami przewracać, choćby tylko tak sobie, dla zabawy.
Lepiej powiedzieć za mało aniżeli za dużo.
Zawsze co pies, to nie człowiek.
Recydywista otrzymuje zawsze większy wyrok.
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr
Kto się lubi, ten się czubi.
Człowiek inteligentny musi być punktualny.
Tyle człowiek czasu traci.
W niczym nie należy przesadzać.
Jak kto chce zarabiać, musi inwestować.
Bez kapitału zakładowego daleko nie zajedziesz.
Można znaleźć tysiące sposobów na to, żeby zatrzymać człowieka na ulicy.
Zdarzają się ludzie z żelaznymi nerwami.
Tylko ptak może być naprawdę szczęśliwy, naprawdę wolny.
Niewinny człowiek nie ucieka, nie boi się milicji.
Działacze polityczni nie bywają chyba milionerami.
Człowiek, który się zaczyna bać, popełnia kardynalne błędy.
Z różnych powodów ludzie pragną się dostać do cudzego mieszkania.
Podróż męczy człowieka.
Do gospodarki to musi być chłop żylasty.
W ogóle chłop musi być do rzeczy.
Różnie bywa.
Nie ma co się denerwować.
Co będzie, to będzie.
Raz kozie śmierć.
Bez ryzyka nic nie ma.
Co prawda, to prawda.
Nie święci garnki lepią.
Nie wszystkich nakrywają.
W Ameryce to nie to, co u nas.
Służba służbą, a po kielichu można się napić.
Człowiek jest tylko człowiekiem.
Co nagle, to po diable.
Nikt podczas towarzyskiej pogawędki nie zajmuje się krzyżówkami ani czytaniem czasopism.
Dobra woda nie jest zła.
Ludzie ciekawi nie żyją długo.
Co będzie, to będzie.
Jakoś to będzie.
Prawie wszyscy przestępcy, uprawiający przez dłuższy czas jakiś podejrzany proceder, zatracają w pewnym momencie poczucie rzeczywistości.
Chciwość ludzka nie ma granic.
Poddałem się z upodobaniem atmosferze tej wsi spokojnej, wsi wesołej. Znalazłem nawet zdanie, które idealnie przylega do moich odczuć w porze obiadowej. W powieści zastosowane było to do konia pociągowego. Ale nie szkodzi. I tak pasuje: „Wizja pełnego żłobu podziałała na niego ożywczo”.
I jeszcze jedna migawka z powieści. Miejska. Mówi pewien śledczy: „Kiedy znalazł się na Marszałkowskiej, zachciało mu się pić”. Mnie też. Za każdym razem.