Edigey Jerzy – Śmierć czeka przed oknem 10/2014

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Śmierć czeka przed oknem
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Kluczyk
  • Rok wydania: 1973
  • Nakład:
  • Recenzent: Wiesław Kot

Wyciskanie wody

Puknęli majora Bronisława Nawarowego. Przed laty nawet mu szło, ale ostatnio kilka śledztw położył. Nie przez zaniedbanie – miał po prostu byt mało danych. A tu przyszedł jeden z drugim wilczek po szkole w Słupsku, przejął jego teczkę (zazwyczaj rezultat paromiesięcznego dłubania), dołożył nowych zeznań, dodał dwa do dwóch i typował sprawcę.

W firmie rozniosło się, że major wypalony. Więc go przesunęli do działu statystyk, gdzie dostał „samodzielny referat”, czyli osobne biurko. Zajmował się danymi z zakresu „postępów chuligaństwa” w rejonie Warszawy. Cóż, w PRL-u na wszystkich frontach dominował „postęp”, nawet jeżeli dotyczył nasilania się bandytyzmu. Dane, które przechodziły przez biurko majora nie obchodziły ostatniego psa milicyjnego: „Wiedział doskonale, że jego robotę mógłby wykonać milicjant bez żadnej belki na ramieniu.”
W tej krytycznej sytuacji następuje odmiana losu. Bo oto łomem przez łeb odebrał sierżant Władysław Kwaskowiak, szef posterunku w podwarszawskiej Podleśnej. Ekipa dochodzeniowa precyzuje, że był to „łom żelazny”, żeby kto nie pomyślał, że to jakiś zwykły łom, drewniany. Przełożony majora wyciąga go zza biurka, daje nominację na tymczasowego komendanta posterunku i zlecenie, by namierzyć mordercę sierżanta. Major jest śledczym ułomnym, bo nie wierzy w technikę kryminalistyczną i pracę zespołową. Imponuje mu Sherlock Holmes, co jest przedmiotem kpinek bardziej światłych funkcjonariuszy.
ogarnął się jednak i ruszył do Podleśnej. Pierwszy dylemat: sierżanta dziabnął jakiś męt, którego ten posadził za rozróby, czy też raczej zbrodniarz wyrafinowany, z dzielnicy willowej. Kryminał jest z roku 1973, więc to oczywiste, że nie proletariusz, lecz „burżua” musiał być sprawcą.
Poległy sierżant miał zwyczaj wstawać o czwartej rano i osobiście monitorować podejrzanych, więc i major idzie jego śladem. Nie gra mu, że w pewne dni przed jedną z willi mleczarz stawia o jedną butelkę mleka za dużo. Mleczarz robi głupio, bo w ten sposób wystawia mordercę na sztych. Reszta to już tylko pchnięte kostki domina. Przy czym major byłby zszedł w finale tak samo jak poprzednio sierżant, ale okazał się cwany i pod zimową czapkę włożył hełm. Nawet klucz francuski nie dał mu rady.
Co zostało wyłożone w trakcie obfitych monologów dwóch śledczych (oprócz majora, równolegle działał pewien kapitan), którzy na koniec gadają, palą, piją kawę, gadają, palą. Herkules Poirot streściłby to dwa razy krócej. Ale co by to była za narada na szczeblu, gdyby nie trwała swego.
To wsad podstawowy powieści. Mniej interesujący. Ciekawsze jest jak zwykle na poboczu.
Oto w trakcie śledztwa wychodzi, że rzadko kto widywał sierżanta podczas jego porannych spacerów. Wówczas z ust jednego z oficerów pada uwaga wyjątkowej bystrości: „ Ten, kto go zabił, na pewno widział.”
Jest miejsce i na dialog fachowców: „- Przystojna babka – stwierdził Niewarowny. – Kiedy patrzę na nią, mam tapczan w oczach – przytaknął podoficer.”

Dużo dzieje się w tej powieści na odcinku języka polskiego.

Szef majora: „Akta sprawy mają paręset stron i można je wycisnąć jak wodę.” Sam ostatnio wyciskałem wodę w wannie i – wierzcie mi – niewiele mi w rękach zostało.
Czytamy: „Kapitan Lewandowski będzie miał ciężki orzech do zgryzienia.” Oczywiście, doskonale rozumiemy, jaka to przyjemność przekręcać frazeologizmy. Ale – na Boga! – nie ten! Bo ten przekręcają już nawet starszaki w przedszkolu.
„Po co ta mowa, panie komendancie. To wszystko to takie nauczanie kotka przy pomocy młotka.” Do czasów powieści Edigeya kotek był młotkiem „głaskany”. Sporadycznie nawet… – a zresztą domyślcie się! A tu taki postęp edukacyjny…
Język powieści milicyjnej ma też – okazuje się – swoje sacrum: „Prokurator odmówił sankcji na przedłużanie aresztu ponad sakramentalne czterdzieści osiem godzin.” Sakrament zatrzymania?
I dalej: pewna dama przyniosła majorowi niby błahą, a cenną wiadomość. Nic w tym niegodnego, a wręcz przeciwnie. Tylko musi trzymać buzię na kłódkę. „Nikomu nawet słówka nie pisnę – obiecała Zofia Kwaskowiakowa żegnając się z majorem. – Nawet księdzu na spowiedzi.” Czemu ta niewiasta miałaby się spowiadać księdzu, że pomaga milicji wytropić zabójcę własnego męża? Polskie życie religijne jest takie zawikłane…
W trakcie dyskusji o narkomanii pada: „Nie bądźmy strusiami i spójrzmy prawdzie w oczy.” Struś to nie takie coś, co w trudnej sytuacji chowa głowę – wiadomo. Tylko nie przyjmuje do wiadomości i udaje, że deszcz pada.

Nieco realiów czasu i miejsca:
Z frontu walki z wiatrakami: „Nasz komendant był bardzo cięty na tych, co bimber pędzą. W samym tylko październiku zlikwidowaliśmy aż siedem bimbrowni.”
„Jedyna miejscowa knajpa nie cieszyła się sławą przybytku słynącego z dobrej kuchni. Podstawą egzystencji tego lokalu gastronomicznego były trzy dania: wódka, ogórek i śledź. Na kogoś, kto żądał czegoś innego, patrzono tam jak na dziwaka.” Na mnie też patrzyli w podobnych sytuacjach jak na dziwaka, gdy zamiast ogórka domagałem się grzybków.
„Przy stole siedziało czterech młodych ludzi. Twarze takie, że tylko dać, jak to się mówi, pięć lat bez wyroku. Dwa litry wódki, jeden opróżniony w trzech czwartych, i sześć musztardówek. Na talerzu jakaś zakąska.” To chyba kryptocytat z Hłaski…
„Drogi majorze, czego wam się zachciewa? Samochodu! Czy jakikolwiek posterunek milicji w naszym województwie ma swoje auto? Najwyżej służbowy motor.” Niestety, mordercy w tym przypadku dysponowali autem.
Major zaprosił informatora „ze sfer” na „ćwiartkę”. Kiedy zjawił się w lokalu, na stole stała połówka. „Żeby kelner dwa razy nie latał – wyjaśnił Czarny Romek. Trzeba szanować człowieka pracy. Zdrowie pana komendanta.”

Żeby czytelnik nie pogubił się w gąszczu intrygi, autor prowadzi go po ścieżkach, które ten już zna. W tym celu gromadzi proste i sprawdzone prawdy o świecie:
Pewien kapral MO do przełożonego: „Ludzie na ogół nie kochają milicji. To fakt, którego nie potrzebujemy między sobą ukrywać.” Rzeczywiście, wyrąbał!
„Trudno znać wszystkich ludzi pracujących w milicji.” Zwłaszcza jak noszą tylko blachę pod wyłogiem prochowca.
Technika operacyjna MO (ujęcie metaforyczne): „Rybak całymi godzinami cierpliwie obserwuje spławik. Myśliwy zaczajający się na dzika czy na zwierzynę płową, nieraz wiele nocy czeka w zasadzce na możliwość strzału. Jakże często w ogóle daremnie. Milicjant, usiłujący schwytać przestępcę, także w pewnym stopniu podobny jest myśliwemu. Musi więc mieć jego cierpliwość.”
„Kiedy ginie żołnierz, na jego miejsce wstępuje następca i nadal prowadzi walkę.” Nic dodać…
„Dyskrecja to nie tylko obowiązek milicjanta, ale jego wrodzona cecha.” Mówi się przecież: dyskretny jak milicjant.
Jak z podręcznika: „Każdy z przestępców prędzej czy później musi zrobić choćby mały błąd. Milicja powinna dostrzec ten błąd i wysnuć właściwe wnioski.” Może to być wniosek, że np. przestępca popełnił błąd.
I znowu: „Oficer dochodzeniowy nie może się kierować własnymi wrażeniami czy intuicją, bo nigdy do niczego nie dojdzie.” Tzw. niedojda?
„Właśnie dlatego walka z tymi gangami jest tak niesłychanie trudna. Nie można dobrać się do góry. Wpadają drobne rybki.” Przed Edigeyem „wpadały płotki”. Ale nie czepiajmy się – czy płotka to nie „drobna rybka”?
Kapitan: „Byłem pewny, że morderca, zajęty myślą o zabójstwie, niczego i nikogo nie widzi poza swoją ofiarą. Jak ten tokujący głuszec…” Znaczyłoby, że jak głuszec dybie na ofiarę to wówczas tokuje. A nie np. podczas zalotów do panny głuszcówny. A może ten głuszec to egzemplarz tak więcej szurnięty. A zresztą łatwiej zrozumiej obyczaje oficerów MO niż zwyczaje ptactwa polskiego. Czyż nie?