Śliwicka Anna „Śmierć zjechała windą” – Pierwsza seta 84

  • Autor: Śliwicka Anna
  • Tytuł: Śmierć zjechała windą
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1988
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Katarzyna Piwowarczyk-Atys
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK recenzja Grzegorza Cieleckiego

Seksuologia amerykańska i słownik a tergo, czyli o pewnym sposobie podróżowania śmierci

Seks, śmierć i amerykańska wolność w tle. Anna Śliwicka w powieści „Śmierć zjechała windą” wplotła w to wszystko jeszcze PRL-owskiego mleczarza. W ten sposób otrzymaliśmy miłe czytadełko, z zaskakującym zwrotem akcji i całkiem zabawną galerią postaci.

Jak to często bywa, mamy do czynienia z zabójstwem kobiety pięknej i tajemniczej, acz uwikłanej w ciemne sprawki. Pewnego ranka mleczarz znalazł jej zwłoki w szybie windy: „Skłębiona gęstwina jasnych włosów otaczała ohydną krwawą masę. Ręką z zakrzywionymi palcami, z jaskrawoczerwonymi paznokciami wyciągała się drapieżnym gestem ku skamieniałemu ze zgrozy mleczarzowi”. I tyle zostało z pani doktor, która była „młodą, piękną kobietą”.

Denatka w tej powieści była seksuologiem prowadzącym własną praktykę. Terapia u pani doktor obejmowała wizyty w jej garsonierze z czerwonymi zasłonami („dają przytulne wnętrze”), i ćwiczenie tych elementów gry miłosnej, z którymi miało się problem w kontaktach z żoną. Pani doktor – do spółki z pewnym doktorem – „leczyła własnym ciałem” (pan doktor leczył panie). Na temat takiego sposobu leczenia zdania były podzielone: „jak daleko seksuolog może się posuwać [hmmmm], u nas seksuologia amerykańska jest źle widziana […] u nas nazywają to po prostu ku….., to jest filozoficznym nierządem”. Dla zainteresowanych króciutki opis sesji: „mówię jej, że jak ona jest lekarzem od tego właśnie, to ja mam żonę. Ślubną. I od roku z żoną mi nie wychodzi […] ona mówi, żebym do niej przyszedł […] goła w pokoju stała, i kazała mi dotykać […] potem mnie pomacała, gdzie wiecie […] pacjencie Ramul, jesteście zdrów”.

Jak widać, śmierć pani doktor to nieodżałowana strata dla polskiej nauki. Generalnie, jak możemy się zorientować, doktor Wyzielska znacznie wyprzedzała swój czas. Pani Pusia – żona gospodarza domu – daje ciekawą charakterystykę sposobu ubierania się i sposobu bycia pani doktor: „jakie to suknie nosiła, i takie szpetne! Rozprute, z przeproszeniem do końca, i wszystko miała na wierzchu […] całe plecy gołe i inne też! A jak deszcz padał, to ona, bywało, włosy rozpuści i na podwórko wyjdzie i stoi, jak jaka głupia! A rano to się całkiem goła na balkonie opalała…”. I już wszystko jasne: w obecnych czasach – kiedy to piosenkarki które mają śpiewać polski hymn, wdziewają na sobie szatkę wykonaną z 1 m. kw. materiału; nagość na nikim nie robi wrażenia; a najrozmaitsze terapie można by wspierać viagrą… – Wyzielska odnalazłaby się znakomicie.

No ale jesteśmy dalej przy tym dniu, kiedy panią seksuolog znaleziono w szybie windy. Wkraczamy w życie i sprawy mieszkańców bloku, w którym dokonano morderstwa. W połowie książki mamy zwrot akcji. Siedzący w więzieniu sprawca zbrodni (skądinąd mąż zamordowanej, autor słownika a tergo) okazuje się niewinny. Sprawa niby jest zakończona, ale coś nie daje spokoju prowadzącemu ją milicjantowi. Zupełnym przypadkiem wpada on na trop rzeczywistego sprawcy morderstwa. I dawaj! Znowu argumenty, zbieranie dowodów, formułowanie hipotez… No ale koniec końców, zbrodniarz trafia za kratki.

Powieść można uznać za miłe czytadło – sensowna akcja, śmieszne dialogi, no a przede wszystkim sam pomysł „seksuologii amerykańskiej”. Znajdziemy tu parę aluzji do ówczesnej rzeczywistości. W książce jest mowa o profesorze seksuologii Rudolfie Lwie Grzebickim, artystach nowoczesnych przyklejających do tablicy śmieci i sprzedających swe awangardowe dzieła za ciężkie pieniądze, baleronie na kartki i tureckich pikowanych szlafrokach.