- Autor: Głowacki Janusz
- Tytuł: Dzień słodkiej śmierci
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Ewa wzywa 07
- Rok wydania: 1969
- Nakład: 100000
- Recenzent: Wiesław Kot
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Mężczyzna złapał spojrzenie
Wzruszyłem się, bo mi się przypomniało. Przechyliłem nieco piwa, wstaję od stolika, truchtam do ubikacji, a tu po drodze na ścianie w korytarzu widzę oprawioną w ramkę stronicę „Ewy” autorstwa Głowackiego.
Gdzie stoi, że akcja rozgrywa się w lokalu gastronomicznym „Lotos” na dolnym Mokotowie. A tuż obok „nie wierzę własnym oczom” oprawiona i pod szkłem stronica z jakiejś mojej książkowej głupizny: o kelnerach, mianowicie, w PRL-u. Takiej promocji w życiu nie miałem i już mieć nie będę. Więc startujemy od tego „Lotosu”, bo od niego rusza akcja „Dnia słodkiej śmierci” Janusza Głowackiego z roku 1969, czyli z czasów, gdy jako wzięty felietonista i autor opowiadań z życia warszawskiej kawiarni wkraczał do kultury polskiej. Oto porucznik Paweł Goraj wchodzi do tego lokalu po długich pertraktacjach z portierem, podpartych banknotem pięćdziesięciozłotowym. Ten portier, okazuje się, niezła łajza. Bo wpuszcza tylko w krawatach („Miś”, „Miś”!), a jak klient nie ma, to on pożyczy, za stówę na godzinę. Tak nawiasem: w „Europejskim” jednak bywało jeszcze gorzej, tam na wejściu konieczne było wykupić bon konsumpcyjny za 100 złotych. Ale ja, kiedy bywałem w „Lotosie”, stwierdzałem puchy, przy stoliczkach a to grono staruszków-ZBOWiD-owców, pochylone nad skromną pięćdziesiątką i tatarem. A to panie o wyglądzie personalnej nad lampką „Kadarki” (w „Biedronce” 9.90 zł). W każdym razie porucznik się udał, bo chciał spenetrować środowisko. Z tego środowiska wywodził się właśnie pewien badylarz, Rękas Stanisław (a jak się miał nazywać?), zamierzał kupić za złotówki dolary, a za te dolary nowy, zachodni wóz. Nie zdążył, ktoś mu podał cyjanek w bezie (też pomysł!), a potem porzucił w Wiśle. I porucznik w tym „Lotosie” rozkręca równolegle śledztwo i romans z jedna taką Iloną, początkującą artystką. I my go tam w tym „Lotosie” zostawiamy, a sami zaglądamy opowiadanku pod podszewkę.
Niestety, naszego ulubionego mięska, czyli objawów niepiśmienności i alkoholizmu autorów, spotykamy tu niewiele. Głowacki oddał tekst wyczyszczony, może szanowna mamusia nad tym pracowała, bo autor takie rzeczy wspomina. No, może mu się czasem coś omsknie i napisze, że ?mężczyzna złapał to spojrzenie?. Zobaczmy basen Legii. Od czasu do czasu przejście przez łączkę obok basenu jakiejś znanej postaci związanej z filmem, telewizją lub literaturą, zagłębiem pomidorów, plantacją dyń, ewentualnie dysponującej wyjątkowo szybkim samochodem aktywizowało dodatkowo konwersację na kocach?. To aktywizowanie konwersacji niczego sobie. Albo weźmie autor zdanie z protokółu po obdukcji: „Stwierdzono sześć ran nożem drążących w kierunku klatki piersiowej”. Ale to rzadko. Wychodzi za to z autora stołeczny playboy i tu go przydybiemy.
Co do mody, saksofonista nosi „kamizelkę w stylu >>Psychodelic<<” (czemu z dużej litery?). Czy ktoś pamięta taki styl? I dalej: dziewczyna nosi kostium „w stylu >>Courage<<” (ciągle z dużej). Pamięta ktoś?
Co do samochodów. Volkswagena nazywa się tu pieszczotliwie „volksem”.
Co do muzyki. Słyszymy tu refren: „Jesteśmy na wczasach”, dalej: „Gdzieś Hiszpania za górami”. To w porządku. Ale też „Con gratulations, con gratulations”. Pewnie chodzi o piosenkę Cliffa Richarda, ale to się pisało razem, raczej bynajmniej. Słynne „Strangers in the Night” Sinatry zostało tu podaje w przekładzie jako: „Sama w taka noc, o rany Boga”. No, i rodzimy okaz: „Złoty pierścionek/ podpieprzył Bronek/ z wystawy./ Za ten pierścionek/ posiedzi Bronek/ do sprawy”.
Opis urody kobiecej: „Podłużna, rasowa twarz”?. Zaraz, zaraz, o ile my się na tym znamy, to albo rasowa, albo podłużna. I tuż obok objaśnienie podejrzanego: „Bo żona moja, jak mówiłem, jest kobieta luksusową”. I w związku z tym desperat owinął łom szmatą i czekał na dzianego badylarza, co to chciał dolary za złotówki, a za dolary nowy wóz. Ale się nie doczekał. Ale dlaczego? Sza!
