- Autor: Raymond Chandler
- Tytuł: Siostrzyczka
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1983
- Przekład: Piotr Kamiński
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Bo to bogobojna kobieta była
Zadajmy sobie fundamentalne pytanie—o czym traktuje powieść Raymonda Chandlera „Siostrzyczka”? Odpowiedź bynajmniej nie jest prosta i jednoznaczna. Można oczywiście odpowiedź ograniczyć do fabuły i stwierdzić, że o detektywnie, który nazwa się Filip Marlowe i ma on na zlecenie niejakiej Orfamay Quest odnaleźć jej brata, po czym okazuje się ta ta prosta z sprawa pociaga za sobą szereg trupów, przy czym kilka osób zostaje zabitych kolcem do rozbijania lodu.
A może „Siostrzyczka” to traktat o społecznym rozkładzie Ameryce lat 40., gdzie o postępkach ludzkich decydują namiętności, chciwość i głupota nad którą nie da się zapanować. Przy czym rozkład ten schodzi także na poziom rodziny, bo „Siostrzyczka” to także opowieść o dwóch siostrach i bracie oraz ich relacjach.
A może „Siostrzyczka” to rzecz o zgorzkniałym detektywie-samotniku (w zasadzie to pleonazm, bo robota detektywa jest esencją samotności, ale chciałem ów fakt podkreślić), który musi codziennie zmagać się z tą gorszą stroną rzeczywistości i ciągle zaglądać pod powierzchnię zdarzeń, czego nikt raczej nie lubi. W dodatku każdy tu prowadzi grę i chcąc wprowadzać detektywa w błąd, a niektórzy chcą go pobić, zabrać mu godność, wreszcie zabić. A Marlowe musi się jakoś z tego wszystkiego wywijać i jeszcze do jakiejś prawdy dojść. Sam. Wszystkim, jak w westernie. I jeszcze bywa określany szmaciarzem, którego można wynająć za 20 dolców dziennie plus wydatki, i żeby za tę nikczemną kwotę był łaskaw babrać się w czyichś brudach. Nic dziwnego, że aby wyjść cało z kolejnych opresji musi być cynikiem trzymającym za wszelką cenę fason i dystans do wszystkiego, a jego jedyną bronią wydaje się często być jedynie ironia i nieufność. Może jedynym jasnym punkiem egzystencji Marlowa jest powszechne zainteresowanie ze strony niemal wszystkich kobiet, którego spotyka. Nawet, jak któraś na niego pozornie nie leci, to rychło okazuje się, że i owszem. Tu oczywiście kłaniają się elementy konstrukcyjne czarnego kryminału. Czytelnik musi przede wszystkim otrzymywać wciąż nowe atrakcje na kolejnych stronach lektury i Chandler to wiedział, wrzucał co chwilę a to zręczny dialog, a to mordobicie, a to kolejnego trupa. W „Siostrzyczce” mamy tych trupów pięć, a jak dobrze policzyć to może i sześć. No ale Chandler chce nam dać coś więcej niż tylko zgrabną historyjkę i dobrą zabawę. Chce nam dać pewien obraz świata, gorzki obraz, przefiltrowany przez osobowość i obserwacje Filipa Marlowe. A oto garść autorefleksji: „Byłem zbyt zmęczony aby się nad tym zastanawiać, czułem że zamiast mózgu mam wiadro mokrego piasku”, „Większość wszystkiego i wielkie nic, znowu się zaczyna. Tej nocy nie jesteś człowiekiem, Marlowe”, „Miałem jak zwykle uczucie, że zostałem wrzucony do studni, która wyschła przed dwudziestu laty i do której nikt już więcej nie zajrzy”. To tylko kilka przykładów, ukazujących stosunek Marlowa do świata i widoczny znak, że twórczość Chandlera z jego dojrzałego, powieściowego okresu, to zdecydowanie więcej niż literatura kryminalna, choć jestem świadom, że wielu czytelników może ograniczać lekturę do poziomu fabuły. Fabuła zaś, jak to u Chandlera zwykle bywa, stanowi smakowity zestaw nakładających się na siebie intryg i ciągle zaskakuje. Już z ironii zawartej w tytule wiemy, że Orfamay Quest nie będzie bogobojną kobieciną z prowizji, za jaką chce uchodzić. Jej brat też nie lepszy, bo trudni się szantażem i kilka wykonanych przez niego fotek da początek serii morderstw. Tak, fabuła jest istotna, ale nie dlatego Raymond Chandler jest nie tylko mistrzem czarnego kryminału, ale trwale istotnym pisarzem egzystencjalnej refleksji, wciąż na nowo odkrywanym przez kolejne pokolenia czytelników. Dość powiedzieć, że „Siostrzyczka” ukazała się u nas w trzech różnych tłumaczeniach, a wydań tytułu było znacznie więcej. Ostatnie ledwie trzy lata temu.
Amerykańska ekranizacja „Siostrzyczki” powstała w roku 1969. Marlowa zagrał James Garner i jest to świetna kreacja, natomiast trzeba zaznaczyć, że film znacząco odbiega klimatem od książki. Utracony został w dużej mierze egzystencjalny ciężar pierwowzoru, na atrakcji . Na przykład dodano scenę popisu technicznego Brucea Lee oraz scena striptizu w nocnym klubie. „Siostrzyczka” filmowa jest zatem w sporej odległości od książki, ale jako film udana.
