- Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
- Tytuł: Zaczęło się w sobotę
- Wydawnictwo: Wydawnictwo LTW Łomianki
- Seria: Kryminał
- Rok wydania: 2012
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Marzeny Pustułki

Sobotni wieczór – mecenas Eustachy Natorski właśnie kończy ciężki dzień pracy w swoim biurze na Krzywym Kole; jest zdruzgotany, bo nie udało mu się obronić przed stryczkiem Roberta Warysa, który otruł swoją znajomą.
Niespodziewanie w biurze pojawia się starszy, elegancki mężczyzna z małą, szpakowatą bródką i bambusową laseczką; twierdzi on, że jego przyjaciel znajduje się w bardzo poważnym niebezpieczeństwie i że wszystkiemu są winne okulary Natorskiego. Mężczyzna źle się czuje, więc mecenas idzie do kuchni po szklankę wody i wracając zastaje go ze sztyletem wbitym w plecy aż po rękojeść. Szybko okazuje się, że bródka denata była przyprawiona; prawdopodobnie podawał się on za brazylijskiego impresaria, który przyjechał na konkurs chopinowski i zaginął bez wieści.
Sprawą zajmuje się kapitan Stefan Downar; początkowo podejrzewa on Natorskiego o morderstwo ale postanawia zostawić go na wolności. Wkrótce jednak okazuje się, że na odłamkach szklanki, w której mecenas przyniósł wodę, są odciski denata, a w resztkach wody wykryto arszenik; w związku z tym kapitan wysuwa teorię, że Natorski chciał otruć mężczyznę, a gdy mu się to nie udało, to zadźgał go sztyletem. W końcu jednak Downar sam stwierdza, że stoi w miejscu i postanawia poprosić o pomoc swojego przyjaciela, kapitana Karola Walczaka; ten błyskawicznie odkrywa złote, carskie dziesięciorublówki ukryte w lasce denata i mówi: „Stefuś, z przykrością muszę stwierdzić, że to śledztwo poprowadziłeś jak noga” (myślę, że w rzeczywistości nie powiedziałby tak łagodnie:-) Wkrótce Natorski wnosi o rewizję przegranego procesu; Downar z kolei nabiera przekonania, że sprawa Warysa wiąże się ze śmiercią w biurze mecenasa.
A dalej to już jest czyste, nieokiełznane szaleństwo: Downar udający szmuglera zegarków; porucznik Kobiela przebrany za włóczęgę przeszukującego śmietniki, a później za hydraulika; jedna kobieta lgnąca do Downara, jedna udająca lgnięcie, a jedna do której kapitan lgnie; cyrkowiec miotający nożami; inżynier Eugeniusz Natorski; tajemnicze pluszowe niedźwiadki – a wszystko dzieje się w lekko zwariowanej, momentami wręcz groteskowej atmosferze. Ale w tym zwariowaniu chyba jest metoda – to chyba dzięki niemu czyta się tę książkę lekko i przymyka się oko na pewne niefrasobliwości fabuły. I trzeba pamiętać, że została ona napisana w 1960 roku, kiedy polski kryminał milicyjny jeszcze się kształtował. I trochę szkoda, że na wydanie książkowe musiała ta powieść czekać ponad pół wieku – pojawia się tu dużo elementów, które można znaleźć, czasami niemalże słowo w słowo, w późniejszej twórczości autora: malownicze opisy postaci, konkretne wypowiedzi bohaterów czy pewne specyficzne określenia. Powieść ma dobre tempo i wchodzi do głowy bardzo leciutko – czego chcieć więcej? Szkoda tylko, że książka ewidentnie wygląda na taką, która pierwotnie była drukowana w prasie – jest tu trochę powtórzeń, nie ma tak charakterystycznej dla autora prawdy czasu i chwilami język jest dość banalny; generalnie jednak można się przy tej książce dobrze rozerwać, na pewno lepiej niż granatem:-) A jako ciekawostkę powiem, że oprócz druku w 1960 roku w „Kurierze Polskim” i „Ilustrowanym Kurierze Polskim” doczekała się ona druku w „Dzienniku Łódzkim” dopiero w roku 1967; wcześniej zaś, bo 6 kwietnia 1961 (czyli trzy dni temu mieliśmy okrągłą, 65. rocznicę) wystawiono na jej podstawie sztukę w ramach Teatru Sensacji „Kobra” – niestety, nie ma po niej śladu, bo teatr „szedł” wtedy na żywo; dzięki uprzejmości Roberta Kowalczyka (dziękuję i pozdrawiam) wiem, że w roli Stefana Downara wystąpił Igor Śmiałowski.
