- Autor: James Oliver Curwood
- Tytuł: Płonący las (The Flaming Forest)
- Wydawnictwo: KAW
- Seria: Z myszką
- Rok wydania: 1990 (wyd. I powojenne)
- Nakład: 20000
- Recenzent: Robert Żebrowski

Nie ma dymu bez ognia…
W naszym Klubie mamy dotąd zrecenzowaną tylko jedną pozycję pana J.O.C. – „Tajemnica Johna Keitha”. Poza nią sensacyjno-kryminalne są też inne jego książki: „Dolina Milczących Ludzi”, „Złote sidła” i „Płonący las”.
Ta ostatnia po raz pierwszy została wydana w USA w roku 1921, a w Polce – w 1930. Recenzowana przeze mnie pozycja (okładka z lewej) jest pierwszym powojennym jej wydaniem. Ukazała się w serii „Z myszką” (znak graficzny serii opracowała Izabela Polak), prawdopodobnie będąc w niej pierwszą i … ostatnią pozycją. Powieść liczy 179 stron, a jej cena naklejkowa to 3290 zł. Ilustracja na okładce wpisuje się w fabułę, natomiast okładki dwóch kolejnych wydań wprowadzają czytelnika w błąd (choć zachęcają go do zakupu), gdyż główny bohater – choć mundurowy – to ani przez chwilę na kartach książki nie wystąpił w mundurze. Ignorancja czy świadomy zabieg – tego nie wiem.
Akcja toczy się w Kanadzie, w północnej części prowincji Alberta, na przełomie XIX i XX wieku.
Sierżant Dawid Carrigan z Królewskiej Konnej Północno-Zachodniej Policji [czyli NWMP, którą w roku 1920 przekształcono w RCMP, czyli Kanadyjską Królewską Policję Konną], jeden z najbardziej analitycznych umysłów w swoim oddziale, z polecenia inspektora MacVane – dowódcy dywizji N. z Athabaska Landing [posterunek powstał tam w roku 1893] – uzbrojony i konno, lecz po cywilnemu, ruszył na północ, w kierunku Oceanu Lodowatego, by tam odnaleźć, schwytać i dostarczyć żywego lub martwego Czarnego Rogera Audemara – bestialskiego mordercę pół tuzina ludzi [w innym miejscu jest mowa o pięciu osobach!] przed niemal 15 laty. Dopiero niedawno uzyskano informację o rejonie, w którym go widziano.
Kiedy „Mountie” (tak nazywano funkcjonariuszy tej formacji policyjnej) był już za pięćdziesiątym czwartym stopniem szerokości geograficznej, został zaatakowany i przygwożdżony do ziemi przez tajemniczego strzelca, który zasypywał go gradem kul. Bez możliwości ruchu i obrony, Carrigan został trafiony w głowę. Jednak nie był to strzał śmiertelny. Zanim stracił przytomność, zobaczył, że stoi nad nim … kobieta. Była to Janina Marianna Boulain. Razem ze swoim pomocnikiem – Metysem Batisim – robiła wszystko, by uratować mu życie. Czółnem dowieziono go na ekskluzywnie wyposażoną barkę, gdzie skutecznie zajął się nim znachor z plemienia Cree. Sierżant przypomniał sobie, skąd zna nazwisko Janiny Marianny. Otóż słyszał kiedyś, że wielkim władcą dalekiej Północy, żyjącym jak książę, nie mającym przy okazji żadnych zatargów z policją, jest niejaki Piotr Boulain. Kobieta oświadczyła, że Piotr jest jej mężem, a kiedy powróci z wyprawy, zadecyduje, co zrobić z rannym … jeńcem. Kiedy już Boulain wrócił, zaczęła się psychologiczna rozgrywka między nim a policjantem. W sierżancie mnożyły się pytania, na które albo mu nie odpowiadano, albo też niejednokrotnie okłamywano. Przełom nastąpił wtedy, kiedy Carrigan wyzwał Metysa na pojedynek. Batisi był niepokonany w całej tej części kraju, z kimkolwiek by nie walczył, ale nie wiedział, że „Mountie” nosi zawsze przy sobie w plecaku bokserskie rękawice.
Dużo się w tej książce jeszcze wydarzyło: rozprawa z Piotrem, pojedynek z Batisim, poszukiwanie Czarnego Rogera, pewna sprawa z przeszłości, wątek miłosny, no i mądre, bo „bezbolesne” zakończenie, choć nie wszyscy dożyli happy endu. Policjant okazał się człowiekiem odważnym, honorowym i nie do zdarcia, ale nie tylko on. Wszystko to, a przede wszystkim oparcie fabuły na starych, dobrych wartościach, sprawia, że powieść czyta się szybko, z dużym zainteresowaniem i niekłamaną przyjemnością. Przede mną kolejne kryminalne pozycje Curwooda, a przed Wami okładki kilku anglojęzycznych wydań tej książki, począwszy od pierwszego. Niestety na dwóch z nich, główny bohater również przedstawiony jest „fałszywie”, bo w czerwonej kurtce.

