Czerniawski Czesław – Nie wychodź na pokład po zmroku 496/2025

  • Autor: Czerniawski Czesław
  • Tytuł: Nie wychodź na pokład po zmroku
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: Różowa okładka
  • Rok wydania: 1988
  • Nakład: 50.000 egz.
  • Recenzent: Rafał Dajbor

LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

Kapitan i piwo

Po części na – nomen omen – fali popularności serialu „Heweliusz”, po części dlatego, że poprzednią powieścią milicyjną którą przeczytałem była marynistyczna „Ostatnia noc przed końcem rejsu” Stanisława Goszczurnego (rozczarowanie!).

O tym, kto jest mordercą wiedziałem już od drugiego pojawienia się tej postaci na kartach książki), gdy wpadła mi w ręce książka Czesława Czerniawskiego „Nie wychodź na pokład po zmroku” stwierdziłem, że zanim sprzedam ją Grzegorzowi Cieleckiemu, by któryś Klubowicz mógł ją u niego kupić, jeśli marzy, by mieć tę pozycję na własność – najpierw ją przeczytam.

„Nie wychodź na pokład po zmroku” wykorzystuje znany schemat – gliniarz na urlopie musi wziąć się za śledztwo. Jest to motyw tak znany, że czasem nawet tytułowy (by wspomnieć choćby „Nieudany urlop majora Downara” Zygmunta Zeydler-Zborowskiego czy „Przerwany urlop” – odcinek serialu „07 zgłoś się”). Głównym bohaterem powieści Czerniawskiego jest kapitan MO Antoni Doliński ze Szczecina, który płynie do Afryki po kontuzjowanego syna-marynarza. Nie jest więc na urlopie stricte wypoczynkowym, płynie w, jak to kiedyś się mówiło, ważnej sprawie rodzinnej, jednak wziął na tę podróż właśnie – urlop i teoretycznie mógłby podziwiać widoki za bulajem. Niestety! Na pokładzie zaczynają się dziać rzeczy coraz bardziej podejrzane, więc kapitan Doliński, choć odcięty od całego aparatu śledczego, bierze się za robotę. Od pewnego momentu trup ściele się dość gęsto, bo tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze wiążące się z wielką kontrabandą, tam, gdzie niewykonanie przemytniczego zadania równe jest wyrokowi śmierci z rąk szefów, tam nikt nie bierze jeńców. Oczywiście kapitan Doliński rozwiązuje zagadkę zabójstw i kładzie kres narkotykowym kombinacjom.

Powieść Czerniawskiego trochę mnie zaskoczyła, z jednej strony powielaniem stereotypów, z drugiej – uciekaniem od nich. Bo do bólu stereotypowa jest jedna z pasażerek statku nosząca ksywę Babcia. Wdowa po sanacyjnym oficerze, zarozumiała, apodyktyczna, zakłamana, nie potrafiąca rozstać się z rozkazującym tonem, którym zapewne przemawiała do swojej służby w latach trzydziestych. Taka postać nie dziwiłaby w powieści z lat 60., ale w kryminale z 1988 roku trochę jednak zaskakuje. Za to niestereotypowy jest kapitan Doliński. Nie ma on nic wspólnego np. z majorem Downarem i jego ekipą, która zawsze jest świeżutka, pełna energii i pasjami uwielbia bojowe zadania. Doliński to zmęczony życiem brzuchaty milicjant, który marzy tylko o tym, by wszystko robić jak najmniejszym nakładem sił i wręcz dziwi się swojemu synowi dlaczego ten wybrał niepewny i trudny los marynarza. Jako były oficer frontowy z lat II wojny światowej rozmawia z podwładnymi, o czym dowiadujemy się z jego przemyśleń, w wojskowym stylu. Nie jest to kumplujący się z kolegami „równiacha”. Do tego, w przeciwieństwie do wspominanego już Downara, który swojego zwierzchnika, Leśniewskiego, traktuje jak przyjaciela, Doliński nie kryje, iż nie cierpi swego przełożonego.

Jest jednak jeszcze coś frapującego. Otóż kapitan Doliński w każdej możliwej chwili pije piwo. Wystarczy, by znalazł się sam w kabinie – natychmiast otwiera kolejną butelkę. Jak widać w tamtych czasach dla nikogo nie było to niepokojące, nawet cenzor (w tym przypadku skryty pod kryptonimem N-11) nie zakwestionował tego wątku. We współczesnej powieści nie wyobrażam sobie, żeby tego rodzaju postępowanie bohatera nie zostało przez autora ukazane jako co najmniej niepokojące. Nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy o chorobie alkoholowej, gdy już wiemy, że słowo „alkoholik” nie oznacza wyłącznie zarzyganego osobnika śpiącego w przydrożnych rowach, kapitan Doliński musiałby zostać nazwanym „wysoko funkcjonującym alkoholikiem”. Tymczasem autor „Nie wychodź na pokład po zmroku” każe swojemu bohaterowi otwierać kolejne butelki tak, jakby nie chodziło o alkohol, ale o oranżadę. To pokazuje jak bardzo zmienił się świat oraz – na szczęście!!! – społeczny stosunek do spożywania alkoholu.