Serge Jacquemard – Śmierć idzie za nim krok w krok 419/2025

  • Autor: Serge Jacquemard
  • Tytuł: Śmierć idzie za nim krok w krok
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Pomorze
  • Rok wydania: 1988
  • Nakład: 75000
  • Przekład Marcin Pacuła
  • Recenzent: Mariusz Młyński

Chyba jakiś diabeł mnie podkusił, żeby sięgnąć po tę książkę; swoje zdanie na temat Serge’a Jacquemarda wyrobiłem sobie już po „Requiem dla króla zbrodni”. Ale trzy plusy ta powieść ma: po pierwsze mogę ostrzec przed nią innych czytelników, po drugie utwierdziłem się w przekonaniu, że niewznawianie książek tego autora to krok w dobrym kierunku, a po trzecie – w kartonach w piwnicy jest o jedną książkę mniej.

Harry Shulz tym razem przybywa do pewnego afrykańskiego, dyktatorskiego państewka; o przyjazd prosił go Johnny Kremer, przyjaciel i partner z organizacji zawodowych morderców. Kramer w tamtejszym więzieniu czeka w celi śmierci na egzekucję; został skazany za zorganizowanie zamachu na dożywotniego prezydenta i teraz oferuje Shulzowi milion dolarów za zabicie Rolfa Robertsona, organizatora zamachu oraz odnalezienie człowieka, który jest jego głównym pomysłodawcą.

I na 330. stronie Johnny Kremer, zgodnie z przewidywaniami, zostaje pomszczony; Harry Shulz kolęduje po całym świecie od Alaski przez Bahamy i Peru do Meksyku, szybko zabija dyktatora, obserwuje zlikwidowanie Robertsona przez muzułmańskich aktywistów i wpada na trop człowieka odpowiedzialnego za śmierć przyjaciela – a ten trop prowadzi go do finału, który jest potwierdzeniem tego, że ta książka to najzwyklejsza strata czasu. Trup po drodze ściele się gęsto, przez łóżko Harry’ego Shulza przetacza się niemała ilość kobiet, a sam główny bohater wydaje się być nie do zajechania – i dlatego myślę, że bardziej jest to pastisz niż poważna książka. Nie umniejsza to jednak faktu, że jest to powieść głupia i niczego do historii literatury nie wnosząca; myślę zresztą, że cała twórczość Serge’a Jacquemarda jest dziś zapomniana – francuskie strony internetowe jakoś nie rozpisują się o jego książkach, choć napisał ich 126, a w Polsce od 2000 roku nie wydano żadnej jego powieści. Straciłem na tę książkę dwa wieczory; myślę, że inni czytelnicy mogą takie wieczory przeznaczyć na pożyteczniejsze czynności. A żeby było jeszcze ciekawiej to powieść tę drukowano wcześniej w dwóch dziennikach: najpierw na przełomie roku 1984 i 1985 w „Trybunie Robotniczej”, a w roku 1985 i 1986 w „Kurierze Szczecińskim” – i aż trudno sobie wyobrazić, że w tym drugim przypadku druk trwał aż osiem miesięcy!