Nakielski Henryk – Tajemnica krypty przeorów 387/2025

  • Autor: Nakielski Henryk
  • Tytuł: Tajemnica krypty przeorów
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1990
  • Nakład: 60000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Adama Sykuły

Co możemy powiedzieć o Henryku Nakielskim? Internety podają jedynie, że ma na koncie cztery książki, a wśród nich jeden kryminał – i fakt pewnego niewyrobienia w tym gatunku jest widoczny: począwszy od beznadziejnego tytułu, poprzez chaotyczną i usypiającą akcję, a skończywszy na jednym, wielkim kotle do którego wrzucone jest wszystko.

Zaczyna się niczym przygody Pana Samochodzika: do dziennikarza Adama Orskiego przychodzi pani Kochańska, siostra jego przyjaciela, Michała, który zginął w wypadku samochodowym; kobieta przynosi maszynopis, który jej brat pisał w trakcie pobytu we Florianowie i prosi Orskiego o zainteresowanie się tematem, gdyż podejrzewa, że w rzeczywistości doszło do morderstwa. Michał Kochański przejmował w tej miejscowości obowiązki kierownika ośrodka wypoczynkowego „Justyna”; chwilę wcześniej na pobliskim cmentarzu znaleziono zwłoki jednego z wczasowiczów – denat został uderzony czymś w głowę, a potem dźgnięty nożem. Na cmentarzu znajduje się kaplica, pozostałość po klasztorze bernardynów; pewnego wieczora Kochański widzi w niej podejrzane światło. Wkrótce w jeziorze zostają znalezione drugie zwłoki; topielec ma rozbitą głowę i jest związany, a do nóg ma przywiązany kawał żelastwa – i wtedy okazuje się, że sprawą już od pewnego czasu interesuje się milicja, gdyż w ostatnim czasie doszło do sześciu włamań i skradziono, między innymi, złote dwudziestorublówki.

I Orski zaczyna swoje prywatne śledztwo – chociaż bardziej jest to śledztwo Kochańskiej, która podsuwa mu nowe pomysły, a on sprawdzając je jeździ od Annasza do Kajfasza. Milicja patrzy na to trochę krzywo, a na dodatek Orski sam stwierdza, że „nieprawdopodobne, aby rozwikłali sami ten węzeł, w to nie wierzył, ale pasjonowało go samo rozsupływanie. Możliwe zresztą, że oni wcale nie rozsupłują, a jeszcze bardziej plączą tworzące go nici” – no cóż, nabranie świadomości tego, że swoim postępowaniem można utrudniać pracę milicji też jest pewnym osiągnięciem. I te nici faktycznie się coraz bardziej plączą, bo do złodziejskiej afery dochodzi wojenna przeszłość związana z wydaniem gestapo w 1943 roku pięćdziesięciu dwóch członków Armii Krajowej, a na deser dostajemy przemyt narkotyków. I do pewnego momentu książka wygląda faktycznie jak przygody Pana Samochodzika, zresztą Orski sam przyznaje, że maszynopis Kochańskiego „wygląda na powieść dla starszych dzieci”; sęk tylko w tym, że powieść w pewnej chwili staje się po prostu chaotyczna, a dodawane co chwilę nowe wątki powodują, że staje się niezrozumiała nie tylko dla starszych dzieci ale dla każdego – a taka przynajmniej na kilkadziesiąt stron przed końcem stała się dla mnie. Myślę więc, że czytelnikom, którzy tej książki nie przeczytają nie stanie się żadna krzywda, a wręcz przeciwnie – zaoszczędzony czas mogą przeznaczyć na coś pożyteczniejszego.