Krzysztoń Barbara – Karolino nie przeszkadzaj 361/2025

  • Autor: Krzysztoń Barbara
  • Tytuł: Karolino nie przeszkadzaj
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1976
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Ewy Helleńskiej

Ewa Karska, studentka drugiego roku wydziału malarstwa ASP w Krakowie, odmierza już czas do złożenia indeksu w dziekanacie i wyjazdu na obóz wędrowny w Bieszczady; do pełni szczęścia brakuje jej jednak ostatniego wpisu profesora Grzegorza Janoty.

Dziewczyna odwiedza więc profesora i zdobywa upragniony wpis ale gubi w jego mieszkaniu dowód osobisty, który w górach jest jej niezbędny; kiedy jednak zjawia się u profesora następnego dnia znajduje go martwego z głową rozbitą mosiężnym świecznikiem i leżącego między rozdeptanymi tubami olejnych farb. Śledztwo w tej sprawie prowadzi kapitan Derko wraz z porucznikiem Bartkowskim; przydzielono do nich młodego podporucznika Zieję, który dzieli się informacjami ze swoją babcią, Karoliną. Do morderstwa przyznaje się Władysław Kostera, ojciec kolegi Ewy Karskiej; twierdzi on, że Janota uwiódł mu żonę i pośrednio przyczynił się do jej samobójstwa. Kostera zostaje aresztowany ale milicjanci podejrzewają, że on kryje swojego syna, gdyż powód morderstwa wydaje się dość naciągany; w trakcie śledztwa pojawiają się motywy przemytu ikon i kamuflowania ich wartości oraz handel narkotykami na ASP.

Mam takie wrażenie, że Barbara Krzysztoń chciała w tej książce trzymać zbyt wiele srok za ogon i w efekcie powieść, mimo swojej statyczności jest chaotyczna i mało klarowna, a przez to trochę męcząca; dodatkowo autorka wprowadza chyba trochę na siłę motyw tytułowej babci Karoliny – starsza pani tak na dobrą sprawę ani nie pomaga milicji ani nie odkrywa jakichś szczegółów istotnych dla śledztwa; jej największym wkładem w tę historię jest narażenie swojego wnuka na ośmieszenie i solidny ochrzan od kapitana Derki. Ten brak klarowności jest, moim zdaniem, głównym mankamentem tej książki – po prostu rozchodzi się ona w kilku kierunkach i nie wiadomo, czym tak właściwie miała być. Zagadkowy jest też wizerunek milicji – kapitan Derko jest jakiś mało wyrazisty, a z podporucznikiem Zieją, przekazującym swojej babci szczegóły śledztwa, powinien przeprowadzić poważną rozmowę wyższy przełożony. Ogólnie jestem tą książką lekko rozczarowany; przyznam, że w pewnym momencie chciałem, żeby już się skończyła; myślę więc, że świat się nie skończy, jeśli się jej nie przeczyta. A jako ciekawostkę podam, że w 1982 roku wydali ją Węgrzy pod tytułem „Karolina, ne zavarj!”; na przełomie roku 1974 i 1975 drukowano ją też w odcinkach w „Gazecie Zielonogórskiej”.