- Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
- Tytuł: Śmierć w samochodzie
- Wydawnictwo: Wydawnictwa Radia i Telewizji
- Rok wydania: 1976
- Nakład: 360 + 50
- Rencenzent: Rafał Dajbor

Jeszcze jeden Downar
Z błogiego przekonania, iż posiadam w swojej domowej bibliotece wszystkie wydane drukiem opowieści o Stefanie Downarze wyrwało mnie przypadkowe odnalezienie w czyimś likwidowanym przeze mnie księgozbiorze numeru 1/1976 czasopisma „Teatr Polskiej Telewizji”.
W nim to bowiem odnalazłem tekst Teatru Telewizji „Śmierć w samochodzie”, który w 1974 roku zrealizował Marek T. Nowakowski. Teoretycznie można by rzec – a cóż to nowego, wszak „Śmierć w samochodzie” to ekranizacja powieści „Gość z Londynu”. W praktyce – to przecież jednak inny tekst, pod innym tytułem. Ochoczo zabrałem się więc za lekturę.
No cóż, spotkanie z dobrze znanym bohaterem w zupełnie innym gatunku literackim czyta się trochę… osobliwie. Po prostu dziwnie jest postać znaną z prozy spotkać nagle w dramacie, w którym brak wszelkich powieściowych opisów. „Śmierć w samochodzie” sprawia więc wrażenie pewnego bryku z „Gościa z Londynu”, ale tak być musiało; dopiero aktorzy ożywić mieli na ekranie wszystko to, co w powieści ożywia pisarz. W majora Downara wcielił się w telewizyjnej „Śmierci w samochodzie” Janusz Zakrzeński (1936-2010). Zupełnie nie pasujący, moim zdaniem, do tej roli. Za to Józef Osławski (1940-1986) jako porucznik Olszewski wydał mi się wręcz idealny i to do tego stopnia, że gdy teraz czytam „Downary” Olszewski już zawsze ma dla mnie twarz Józefa Osławskiego.
Janusz Zakrzeński nie był pierwszym telewizyjnym Downarem, ani też jedynym. Można jednak założyć, iż jest jedynym, który przetrwał do naszych czasów. Pierwszą przeniesioną na ekran w ramach telewizyjnej „Kobry” opowieścią o Downarze było „Zaczęło się w sobotę”. Premiera miała miejsce w 1961 roku, reżyserował Michał Bogusławski. Rok później zaś Maria Kaniewska wystawiła w telewizji „Żółty zeszyt”. Tym, co budzić musi szczególne zainteresowanie jest to, jak krańcowo różnych aktorów Bogusławski i Kaniewska ujrzeli w roli Stefana Downara. W „Zaczęło się w sobotę” w postać tę wcielił się Igor Śmiałowski (1917-2006), aktor o ostentacyjnie wręcz arystokratycznych rysach i takimż emploi, dziedzic z „Chłopów” Jana Rybkowskiego i hrabia Czyński ze „Znachora” Jerzego Hoffmana. Z kolei u Kaniewskiej Downarem był Józef Nalberczak, aktor o krzykliwie plebejskim wizerunku, wykonawca ról kierowców, żołnierzy, dozorców, sołtysów i chłoporobotników, z tym z „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei, opowiadającym o drodze do pracy, na czele. To aż w jakimś sensie niesamowite, w jak krańcowo różny sposób widzieli tę postać Bogusławski i Kaniewska. Dodam jeszcze że u Bogusławskiego w rolę Walczaka, czyli downarowego mentora wcielił się Bohdan Ejmont (1928-2010), a w „Żółtym zeszycie” – Andrzej Żarnecki (1935-2014). Nie rozumiem, dlaczego oboje reżyserów widziało w roli Walczaka aktorów tak znacząco młodszych od wykonawców roli Downara.
A kto dziś mógłby być ekranowym Downarem? Zygmunt Zeydler-Zborowski opisywał swojego najważniejszego powieściowego oficera śledczego MO jako mężczyznę wysokiego, przystojnego, o ciemnej karnacji i ciemnych włosach, potrafiącego zachowywać się czarująco, a jednocześnie powalić przeciwnika w walce wręcz. Z tego opisu wyłania się wg mnie jeden aktor, który byłby dziś Downarem idealnym – Marcin Dorociński. Zdaję sobie jednak sprawę, że wyobraźnia Czytelników jest nieograniczona i z pewnością niejeden Klubowicz czytając tę recenzję popukał się właśnie w czoło, gdyż ma na podorędziu dwóch albo trzech aktorów, pasujących jego zdaniem dużo lepiej, niż mój typ. Podejrzewam natomiast, że te castingowe propozycje pozostaną wyłącznie w naszej wyobraźni, bo chyba nikt już nie przeniesie żadnej z opowieści o Downarze na ekran. Ani kinowy, ani telewizyjny.
