- Autor: Seidler Barbara
- Tytuł: Na wadze Temidy
- Wydawnictwo: Czytelnik
- Rok wydania: 1971
- Nakład: 20290
- Recenzent: Robert Żebrowski

Rodzime „kaczeńce”, czyli polskie „dzieci kwiaty”
Do wielkiej trójki autorek peerelowskiego reportażu kryminalnego zaliczam Wilhelminę Skulską, Wandę Falkowską i Barbarę Seidler. I właśnie tę trójkę w najbliższym czasie postaram się przybliżyć Klubowiczom. Pod lupę wezmę jedynie te ich książki, które są zbiorami reportaży.
Jednak z uwagi na chroniczny brak czasu nie będę czytał całości, a przedstawiał tylko po jednym reportażu z każdej takiej pozycji, czasami dość krótkim, obok zdjęcia okładki zaś zamieszczał również spis treści. Oczywiście reportaże w poszczególnych książkach się powtarzają, ale cóż poradzić. Takie jest prawo i autorów, i wydawnictw. Wybierać je będę różnego typu, z jakichś powodów mnie interesujące, ale bez zabójstw i zgwałceń, bez morderców i „wampirów”, bez zgonów i dewiacji seksualnych, bo od tego chcę po prostu psychicznie odpocząć.
Zaczynam od Barbary Seidler (-Hollender), ur. w roku 1930, absolwentki Wydziału Prawa na Uniwersytecie Warszawskim, debiutującej na łamach prasy, a konkretnie „Życia Warszawy”, w roku 1950. Co ciekawe, wspólnie z Wandą Falkowską, była autorką scenariuszy do dwóch komiksów z serii „Kapitan Żbik” – „Wyzwanie dla silniejszego” i „Gdzie jest jasnowłosa?”, a także – już samodzielnie – komiksów z serii „Legendarna historia Polski” i „Początki Państwa Polskiego”.
Recenzowana pozycja liczy 298 stron, a jej cena okładkowa to 16 zł. Zawiera 23 reportaże, pochodzące z okresu od czerwca 1966 do listopada 1970 roku, poświęcone sprawom karnym prowadzonym w budynku sądów przy dawnej Al. Świerczewskiego w Warszawie. Reportaż zatytułowany „Kaczeńce” liczy 12 stron, a opublikowany na łamach prasy był w listopadzie 1970 roku.
Przed warszawskim sądem karnym po raz pierwszy stanęły hippiski. Były to: Renata lat 18 z Warszawy oraz Grażyna lat 22 z Nowej Huty. Oskarżono je o wspólne palenie haszyszu i fałszowanie recept na środki dopingujące i odurzające tj. o przestępstwo z art. 30 ustawy z dnia 8 stycznia 1951 roku o środkach farmaceutycznych i odurzających oraz artykułach sanitarnych.
Warszawscy hippisi spotykali się najczęściej na murach obronnych koło Barbakanu, na tyłach Teatru Wielkiego, na skwerze przy hotelu „Bristol” i w Klubie MPiK. „Cechowała nas bezcelowość. Po prostu siedzieliśmy nawet nie rozmawiając lub rozmawiając o sprawach nieistotnych”, bo wśród nich obowiązywała zasada: „Nikt nikogo o nic nie pyta”. Hippisi kiedy mieli możliwość to zakładali „komuny”, czyli mieszkali w wiele osób na niewielkich nawet metrażach, ćpając, pijąc i uprawiając seks. Najczęściej wdychali „tri”, którym gospodynie wywabiały uporczywe plamy, albo zażywali „farmę”, czyli phenmetrazin. Czasami udawało się zdobyć inne środki lub substancje: tabletki meskaliny ze szpitala, pejotl ze Szwecji, haszysz w listach z Izraela, LSD lub heroinę. Palili też różowe papierosy z marihuaną lub wąchali gałkę muszkatołową.
Dziewczyny dokonywały fałszerstw w ten sposób, że wywabiały z oryginalnie wypisanych recept nazwy leku, a wpisywały zamiast niego phenmetrazin, po czym realizowały je w aptekach. Skazane zostały na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat, obowiązek podjęcia pracy państwowej, nadzór kuratora i 10 godzin prac społecznych.
Ciekawa to lektura, gdyż ukazuje fragment historii narkomanii w Polsce, co o wiele bardziej mnie interesuje niż kultura hippisów. Reportaż został napisany w dość przystępny sposób, są w nim ciekawostki, lecz wg mnie nie wszystko jest dokładnie wyjaśnione.
PRL-ogizm: restauracja „Krokodyl” na Starym Mieście.
