- Autor: Safjan Zbigniew
- Tytuł: Włamywacze
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1971
- Nakład: 50260
- Recenzent: Mariusz Młyński

W willi inżyniera Edwarda Ładynia, który wyjechał z żoną nad Balaton, dochodzi do włamania; wkrótce okazuje się, że popełniono tam też morderstwo – wszystko wskazuje na to, że włamywacze niespodziewanie zastali w willi dziewczynę zatrudnioną jako pomoc domowa i jeden z nich uderzył ją w skroń przyciskiem do papieru w kształcie posążka Buddy. Sprawę prowadzi kapitan Stanisław Kortela, który przez dwadzieścia pięć lat służby zdobył pozycję i pewien autorytet swoimi wątpliwościami; „właśnie owej skłonności do komplikowania i wahań przypisywał inspektor swój powolny awans”.
Oprócz tej sprawy Kortela „obsesyjnie i niepotrzebnie uwikłał się w coś, co nie powinno go w ogóle obchodzić” – od trzech miesięcy na trasie Warszawa – Szczecin dochodzi do dziwnych wypadków kolejowych: maszyniści są oślepiani tajemniczym światłem i przez to doprowadzają do niebezpiecznych sytuacji.
W sprawie włamania zostaje zatrzymanych dwóch przestępców; obaj zgodnie zeznają, że dziewczynę zamordował trzeci włamywacz, ukrywający się Bolesław Okolski, który okazuje się być narzeczonym sekretarki Ładynia. Kortela niespodziewanie dowiaduje się od swojej narzeczonej, że i ona zna Okolskiego; twierdzi ona, że chłopak jest durniem i lekkomyślnym szczeniakiem, ale na pewno nie mordercą.
Mam duży znak zapytania po przeczytaniu tej książki – albo autor solidnie ją przekombinował, albo stworzył coś, czego ja nie zrozumiałem. Weźmy taką sytuację: milicjant prowadzi śledztwo, nabiera konkretnych i logicznych podejrzeń i dowiaduje się, że jego narzeczona wie, gdzie może się ukrywać poszukiwany przez niego przestępca – i ona mówi do niego: „Musisz znaleźć mordercę. I póki go nie znajdziesz, nie licz na to, że Bolek zgłosi się do was”. I pan kapitan, milicjant mający 25 lat służby, po prostu przyjmuje to do wiadomości – nie ukrywam, że ja powiedziałbym: „Dziewczyno, po pierwsze, to nie ty prowadzisz śledztwo; po drugie, nie jesteś moją przełożoną i nie będziesz mi wydawać poleceń, a po trzecie masz dziesięć sekund na ujawnienie miejsca ukrywania się Okolskiego, bo inaczej zatrzymam cię za utrudnianie śledztwa”. Tymczasem pan kapitan wdaje się w jakąś dyskusję o tym, że istnieje pewien procent spraw nierozwiązanych – i może właśnie ta sprawa mieści się w tym procencie? No niby tak – ale od takich decyzji chyba jest sąd, prawda? A może właśnie o to w tej książce chodzi? Pewien nie do końca normalny magister mówi do kapitana: „Ile jest spraw niewyjaśnionych? I dobrze, że jest. Gdyby nie było, pożarłaby was własna pewność” – no niby racja, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić śledztwa z góry zakładającego, że może ono zostać niewyjaśnione; zresztą właśnie taka, stoicka i wątpiąca, jest śledcza filozofia kapitana Korteli, która może i jest wyśmiewana, ale, jak się okazuje, jest skuteczna.
Nie wiem więc, o co tak właściwie chodziło autorowi – ale z drugiej strony w milicyjnych kryminałach oficerowie wszystko wiedzą, prowadzą śledztwa jak po sznurku i nie mają cienia wątpliwości; więc może chodziło o pokazanie, że milicjanci nie są tacy idealni i też jakieś dylematy mają? Nie wiem; w każdym razie książka jest napisana sprawnie, intryga bardziej skupia się na rozmowach niż na akcji, a postacie są wyraziste; jest też dość wiarygodna topografia Warszawy. Pojawia się też ciekawy opis: „Miał lat 52. Dla mężczyzny to piękny wiek – w sam raz do małżeństwa” – że piękny wiek, to prawda, ale z tym małżeństwem… musiałoby być z kim… I na koniec ciekawostka: książka w 1972 roku ukazała się po słowacku pod tytułem „Zavinil to Budha?” jako 195. zeszyt z serii „Dobrodružné romány”.

