- Autor: Minkowski Aleksander
- Tytuł: Paczka masła i pięć jajek w: Almanach młodych 1955/1956
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Almanach Młodych
- Rok wydania: 1956
- Nakład: 3205
- Recenzent: Robert Żebrowski

Teoretyczne aspekty „brania”
Szperając w głębiach archiwum Biblioteki Narodowej w poszukiwaniu opowiadań kryminalnych natrafiłem na ciekawą serię książek, a mianowicie „Almanach Młodych”. Zamiarem jej twórców było przedstawienie najciekawszych utworów literackich młodych twórców, które wybrano spośród nadesłanych do redakcji wydawnictwa „Iskry”.
I choć swoje faktyczne debiuty część z autorów miała na łamach czasopism, to dla zdecydowanej większości z nich, były to debiuty książkowe. Pierwszy taki almanach ukazał się w roku 1954 pod tytułem „Almanach Literacki”, a kolejny w roku 1956 już jako „Almanach Młodych”. Ten tytuł serii obowiązywał do roku 1973. W tym czasie wydano sześć tomów. Natomiast w latach 1984-1989 seria nosiła nazwę „Almanach Literacki „Iskier””.
„Almanach młodych 1955/1956” – liczący 418 stron – podzielony jest na trzy części: poezję, prozę i satyrę. W tej drugiej z nich znalazło się godne zainteresowania Klubowiczów opowiadanie Aleksandra Minkowskiego (1933-2016) pt. „Paczka masła i pięć jajek” liczące siedem stron. Czasu i miejsca akcji nie można określić, poza tym, że jest to po wojnie, gdzieś w Polsce Ludowej.
W cukierniczej piekarni działała czteroosobowa grupa przestępcza. Na jej czele stał kierownik piekarni, a w jej skład wchodzili tamtejsi pracownicy: Gruby, Mały i Stary (Siwy). Od dwóch lat regularnie kradli tam masło i jaja. Szef codziennie zawijał paczkę masła i pięć jaj, a każdy z podwładnych taki sam zestaw, ale co trzeci dzień. Podsumowując: każdego dnia państwo traciło dwie paczki masła i dziesięć jajek. Zabrakło mi informacji o tym, jakie to było masło: śmietankowe, ekstra, czy raczej roślinne.
Któregoś dnia kierownik został wezwany do prokuratury. Pozostali trzej głowili się, o co mogło chodzić i czy ktoś ich nie zakapował. Mały „widział już siebie w obozie pracy, przyodzianego w szary drelich i okrągłą czapeczkę aresztanta”. Grubas starał się go pocieszyć: „Ty może myślisz, że tylko my tacy jesteśmy. Rzeźnicy zamiast mięsa sprzedają kości, sklepowe nie doważają, tańszy towar sprzedają jako droższy, konduktorki nie wydają reszty, w cukierni do kawy dosypują mieszankę zbożową. Weź gazetę, poczytaj: tu nakryli ekspedientkę, tam kierowniczkę sklepu, a gdzie indziej magazyniera”. Stary zaś stanął w prawdzie: „Ludzie chcą się uważać za uczciwych: małe kłamstwo nazywają żartem, małe oszustwo dyplomacją, małą kradzież – braniem. Ale ja wiem, że jestem złodziejem”.
Kiedy kierownik wyszedł z prokuratury, poinformował pozostałych, że zeznawał w sprawie naczelnika z Zarządu, który fałszował kwity i sprzedawał na lewo całe partie towaru, i że w trakcie przesłuchania przedstawił prokuratorowi dowody obciążające podejrzanego. Sytuacja w piekarni chwilowo uspokoiła się. Czy złodziejski proceder będzie kontynuowany? Czy ktoś z szajki odważy się na kolejną kradzież? Czy znikną kolejne paczki masła i kolejne jajka?
Jak dla mnie – wyśmienite opowiadanie, pierwszorzędny debiut, a tematyka po siedemdziesięciu latach wciąż aktualna.
