- Autor: James Olivier Curwood
- Tytuł: Złote sidła (The Golden Snare)
- Wydawnictwo: KAW Lublin
- Rok wydania: 1990
- Nakład: 50000
- Recenzent: Robert Żebrowski

Czerwona kurtka, czarny charakter, złote włosy i białe piekło
Cóż mogę poradzić na to, że lubię twórczość J.O.C.? Moja przygoda z jego książkami zaczęła się dawno temu od „Łowców wilków” i „Łowców złota” (uzupełnionych o „Łowców przygód” Jerzego Marlicza, czyli Haliny Borowikowej), a od niedawna – po długiej przerwie – znów ją kontynuuję. „Złote sidła” po raz pierwszy wydano w roku 1921, a w Polsce sześć lat później (okładka pierwsza z lewej). Ja dysponuję pierwszym powojennym polskim wydaniem z roku 1990 (okładka druga z lewej), ale skierowanym do produkcji jeszcze w roku 1989, a konkretnie w grudniu. Książka liczy 158 stron, ceny okładkowej brak,
Akcja toczy się w północno-zachodnich rejonach Kanady, gdzieś na przełomie XIX i XX wieku.
Funkcjonariusz Lotnej Policji z Royal North-West – Filip Brant, z polecenia komendanta dywizji w forcie Churchill – inspektora Fitzgeralda, realizował pościg za bandą Indian-złodziei. Od jednego z napotkanych myśliwych, polujących w okolicy Zatoki Hudsona, dowiedział się, że widział on w tej okolicy Brama Johnsona. Johnson był mieszańcem rasowym, a w jego żyłach płynęła krew białych, Indian Chippewayów i Cree, a także Eskimosów. Był to człowiek olbrzymi i bardzo silny, a do tego dziki. Miał swoją watahę wilków, z którymi polował przemierzając połacie kraju. Brant traktował Johnsona jako ściganego numer 1. Nie dlatego jednak, że tamten zabił człowieka, ale z tego powodu, że później poszczuł swoje wilki na ścigającego go policjanta – kaprala Lee, który ciężko pokaleczony zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Po tym zdarzeniu Johnson zniknął na kilka lat. Na dowód swoich słów myśliwy przekazał Brantowi sidła na zające, które Johnson zgubił. „Były to sidła długie mniej więcej na jeden jard, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą „chipewayską” na drugim. W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego. Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!”
Brant samowolnie zmienił cel swoich poszukiwań z Indian-złodziei na Brama-mordercę i ruszył na zachód. Przez tydzień przebył pieszo sto dwadzieścia mil, a ósmego dnia … wpadł w ręce Brama. Wkrótce okazało się jednak, że to nie Johnson jest dla niego największym zagrożeniem, ani nawet jego wilki, posłuszne swemu panu, lecz Kogmolloki. Mimo mroźnego klimatu, bohaterom powieści niejednokrotnie robiło się bardzo gorąco. Wymiana strzałów, oblężenia, ucieczki, pościgi. A w tym wszystkim złotowłosa księżniczka, zbir Blake i zaginiony patrol kaprala Olafa Andersona z Fort Churchill. Postarał się pan Curwood, postarał. Fajnie się to czyta, mimo, że wszystko jest tak mało prawdopodobne, a może właśnie dlatego. Przygody, niebezpieczeństwa, zagadki, tajemnice, bohaterstwo, odwaga, poświecenie, a do tego piękna, choć surowa przyroda, nie mniej piękna miłość młodych ludzi i wszechstronnie szczęśliwe zakończenie. Czegóż od książki można chcieć więcej?
