Korkozowicz Kazimierz – Będę zamordowana 207/2022

  • Autor: Korkozowicz Kazimierz
  • Tytuł: Będę zamordowana
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1970
  • Nakład: 80280
  • Recenzent: Robert Żebrowski

LINK Recenzja Katarzyny Piwowarczyk-Atys

Zamordują, czy nie zamordują – oto jest pytanie

Kazimierz Korkozowicz (1907-1996) to pisarz-ikona. Specjalizował się w powieściach historycznych i kryminałach. Pisał w II RP, PRL-u i III RP. Stworzył postać komisarza Huberta Gardy.

Książka liczy 253 strony, cena okładkowa to 20 zł. Jej tytuł, no cóż, albo przepowiada przyszłość, albo wprowadza w błąd, albo tylko straszy, albo z fabułą nie ma nic wspólnego* (*- niepotrzebne skreślić).
A rysunek na okładce? Jest bardzo prosty, o ciepłych barwach, trochę przypominający plaster miodu. Ale czy związany z fabułą? I tak, i nie. Narracja jest prowadzona w czasie przeszłym – na przemian w pierwszej w trzeciej osobie.

Akcja toczy się w sierpniu i wrześniu, roku niewymienionego naszej ery (w każdym bądź razie, po tym jak powstało warszawskie FSO), w Warszawie oraz w nadmorskiej miejscowości, a konkretnie małej osadzie rybackiej, której nazwa nie została podana. Wiadomo jedynie, że było w niej kilka nowoczesnych pensjonatów, m.in. „Neptun”, „Meduza”, „Koralowa Przystań” i „Złota Pani”,

Prolog: W Warszawie, w mieszkaniu małżeństwa-emerytów Tworzniów (on był profesorem, a ona w jego cieniu) zostało zorganizowane przyjęcie. Zaprosili na nie: małżeństwo Tarskich (on – docent przy katedrze fizyki jądrowej, ona – Magdalena zwana Madą – była aktorka, która dla męża porzuciła scenę), Skoronia – bezimiennego profesora chemii na Politechnice Warszawskiej i Justynę Skoroń – jego córkę, magister chemii, asystentkę swojego ojca, a także Roberta Molskiego – inżyniera z PAN, smalącego cholewki do Justyny. Chemik, zagadnięty, pochwalił się, że jest już na ukończeniu swoich badań nad wynalazkiem, który opisał tak: „Wykorzystanie niektórych właściwości promieniotwórczych pierwiastka Gamma przy fabrykacji specjalnej emulsji. Przedmioty pokryte taką emulsją nie dadzą się fotografować”. Z chwilą zastosowania takiej emulsji, wszystkie loty wywiadowcze stracą swój sens. W jakiś czas potem, w swoim domu, profesor Skoroń zmarł. Na miejsce zdarzenia przybyło trzech cywili oraz oficer w mundurze (milicyjnym?), w randze kapitana, były czołgista, nazwany przez Justynę – z uwagi na wygląd – Czarnym Jegomościem. Lekarz stwierdził, ze podejrzewa otrucie cyjankiem, co potwierdziła sekcja zwłok. Samobójstwo, przypadek, czy morderstwo, a jeśli to ostatnie, to jak i kto, bo przed i w czasie śmierci chemika, poza nim, w domu była tylko Justyna i ich zaufana kucharka Salomea. W toku prowadzonego śledztwa, kapitan przyjął jako wersję zgonu morderstwo na tle szpiegowskim. Do sprawy włączył się porucznik Janicki („Co nie znaczy, że tak się nazywam”) wchodzący w skład „określonej organizacji” (choć wcale nie określonej), mający swojego „Szefa”, który postanowił użyć Skoroniówny w pewnej kombinacji operacyjnej. Janicki powiedział jej, że jest prawdopodobnie kolejnym celem mordercy jej ojca i może być wkrótce zamordowana. By do tego nie dopuścić i mieć dziewczynę na oku, polecił jej udać się do nadmorskiego pensjonatu „Złota Pani”, gdzie zostanie otoczona dyskretną opieką. Funkcjonariusze „określonej organizacji” mieli nie dopuścić do zamachu na jej życie, a osobę, próbującą ją zamordować, zatrzymać. Justyna po przybyciu na miejsce miała wszystko notować, a notatki starannie ukrywać. O tym, gdzie wyjeżdża wiedzieli tylko funkcjonariusze i jej kucharka – Sala.

Rozwinięcie akcji: Justyna przybyła do „Złotej Pani”. Byli tam już: fajtłapowaty Emil Sudra, starszy referent w FSO, nad wyraz ambitny docent Tarski wraz z żoną Madą – kuzynką Justyny (to ci z przyjęcia u Tworzniów), jowialny grubasek Ulmer, inspektor Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości, wyrachowany brydżysta Jan Łukasz, naczelnik jakiejś zagranicznej centrali, bawidamek Wojski, posiadacz własnej wytwórni i sporych pieniędzy, skrzeczący Deresz – mecenas, wraz z żoną Natalią, a także historyczka, pardon – histeryczka Maryla Żak. Z obsługi zaś były trzy osoby: pan Radtke – portier i intendent, służąca Frania i kucharka. Kto z nich miał czuwać nad jej bezpieczeństwem? Kto z nich zaś miał ją zamordować? A może sprawcy jeszcze nie ma na miejscu? To pytania, które nurtowały dziewczynę. Czy będzie ona zamordowana, czy może uda się ją ochronić? Czy zginą inne osoby? Czy potencjalny zabójca działać będzie sam, czy w grupie? Kto nim będzie? To pytania, które nurtować będą czytelnika. Dodam tylko, że do działań włączą się m.in.: porucznik Janicki, sierżant Kowalski, major Grassus (z łaciny: Tłuszcz, kojarzy się z Krassusem z Rzymu), a nawet sam „Szef”.

Finał: dość ciekawy, ale częściowo przewidywalny.

Książka jest lekka i szybka w czytaniu. Mnie się podobała. Fani kryminałowej twórczości Kazimierza Korkozowicza na pewno nie będą nią zawiedzeni.

PRL-ogizmy: jeden, jedyny – papierosy „Mewa”.