Karo Dominik – Kwaśne pomarańcze 32/2009

  • Autor: Karo Dominik
  • Tytuł: Kwaśne pomarańcze
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Labirynt
  • Rok wydania: 1985
  • Nakład: 200000
  • Recenzent: Grażyna Głogowska

Pomarańcze naszych marzeń

Mało kto dziś już pamięta,że w czasach komunizmu jednym z najbardziej popularnych,typowych prezentów gwiazdkowych były pomarańcze.Dwie lub trzy pachnące kule odcinały się intensywnym kolorem od reszty krajowych, zazwyczaj opakowanych w smętne szarości  smakołyków.Były zawsze w zakładowych paczkach dla dzieci.Obecnie trudno uwierzyć, że cytrusy były synonimem luksusu, rzucanym do sklepów tylko z okazji świąt Bożego Narodzenia.

Za sprawą Dominika Karo przenosimy się w realia Polski po stanie wojennym choć akcja książki rozpoczyna się…. 20 czerwca 1975roku. Podejrzewam,że autor pisał powieść właśnie w latach osiemdziesiątych -co potwierdzałaby stopka redakcyjna – pierwsze wydanie książki to 1985 rok – wiele akcentów z tej właśnie a nie poprzedniej dekady przeniknęło na jej karty.Czyli jednym słowem autor popełnił anachronizm- być może świadomy ale to pozwoliło mu przenieść pewne współczesne i jednocześnie wstydliwe zjawiska w lata gierkowskich błędów i wypaczeń.

Niejaki Roman Rom, Niemiec pochodzenia polskiego, uderzająco podobny do bohatera modnego w tym czasie serialu telewizyjnego „Dr. Kildare”, wpadł na rewelacyjny pomysł zarabiania na życie. Interes bardzo prosty a co najważniejsze przynoszący nie tylko dobry dochód ale  można bez przesady powiedzieć  wręcz krocie.Podaje przepis, jak zostać bogatym nie napracowawszy się zbytnio.Świetnie zdał egzamin w połowie lat siedemdziesiątych -może się nie zestarzał? Oto i on:najpierw trzeba  wyszukać upadającą,zachodnią firmę produkującą towar „x” .Po drugie: w starym kraju wyłuszczyć z książki telefonicznej  zakład produkcyjny,zajmujący się produkcja właśnie towaru „x”.Po trzecie – sprzedać przestarzałe  wyposażenie- maszyny,urządzenia, jako super nowoczesne  Polakom.Proste?

Jakież zdumienie i niedowierzanie maluje się na twarzach plajtujących prezesów,dyrektorów firm, kiedy wkracza delegacja z Polski.Widok to niesamowity.Trzech-czterech panów,zazwyczaj nie znających języka w którym sporządzona jest umowa ( angielskie słowo company tłumaczą sobie jako kompan),praktycznie nie wie,co podpisuje. „Lakoniczność dokumentu przeczyła wszelkim znanym tu zasadom.Nie określono, czy strona polska kupi stare czy nowe maszyny, nie było mowy o stopniu ich zużycia(…)Nie było mowy ani o wielkości zakupów, ani też o terminie.”Panowie z uśmiechem na ustach podpisują w ciemno umowy  nie targując się nawet o wygórowaną cenę. I do tego płacą w terminie.

Jak dokonywał takich cudów śliczny jak Richard Chamberlain herr  Rom? Czyżby jego urok osobisty tak działał na dyrektorów i specjalistów od handlu zagranicznego? Metoda równie prosta jak obsługa cepa.I stara jak świat.Robert Rom najpierw zapraszał delegatów na zwiedzanie wybranego  miasta  w Zachodnich Niemczech, z obowiązkowymi  atrakcjami  w dzielnicach  czerwonych latarni.Oczywiście to on pokrywał wszelkie  koszty -i wystawnych obiadów w luksusowych restauracjach suto zakrapianych mocnym alkoholem i usług prostytutek .”Te wasze diety…” zazwyczaj dodawał ironicznie i płacił hojnie za wszystko. Oprócz tego w grę wchodziły bardziej konkretne łapówki -wyjazdy na narty w Alpy a także dziś wzbudzające uśmiech niedowierzania -kalkulatory,zegarki elektroniczne,fototapeta czy dywan.Robert Rom władał także obcymi językami -angielskim,niemieckim,francuskim polskim, co w czasach niemoty językowej Polaków było znacznym atutem.

Rom przeprowadzał bardzo wnikliwy wywiad o osobach odpowiedzialnych za podpisywanie międzynarodowych kontraktów.Co lubią, czy piją,palą, czy mają inne słabostki? .Przy okazji dowiadujemy się,że w czasach pereelu był taki zawód jak „dyrektor”. Osoby o takiej profesji obejmowały stanowiska w zakładach o których specjalizacji nic nie wiedziały.Nie przejmowano się tym zbytnio.Wszyscy doskonale wiedzieli ze to przecież tylko etap do zdobycia bardziej prestiżowego czy lepiej opłacanego stołka.Z ministerialnym włącznie -ignorancja kandydata ani jego braki w edukacji nie stanowiły żadnej przeszkody.Nic zatem dziwnego,ze podobne indywidua ulegały fascynacji kapitalistycznym blichtrem i sprzedawały się tanio.Rom nawet nie musiał się przy tym zbytnio napracować.Pomachał elektronicznym zegarkiem czy innym gadżetem i już delikwent jadł mu z ręki.
Trudno wyrzucić z pamięci scenkę z opery,kiedy to zaproszeni goście z Polski nie pojawili się w loży na spektaklu.Zamiast ich siedziały dwie dziewczyny które odkupiły pod gmachem opery bilety za pół ceny.

Wierzono Romowi na słowo. Nawet jak zdarzył się bardziej bystry delegat i zauważył,że pod wskazanym w kolorowym prospekcie adresem nie ma i nigdy nie było takiej firmy, to i tak dochodziło do podpisania umowy. Podpisywano umowy na  buble produkowane gdzieś w garażu,w nędznych ilościach, metodą chałupniczą.Stąd wypływa jeszcze jedno spostrzeżenie -firmy typu „garaż” czy „krzak” nie są wynalazkiem polskim.To też skopiowane z Zachodu.

Wątek obyczajowo korupcyjny jest niezmiernie ciekawy.Ale przyjmowanie łapówek to nie jedyne przestępstwo dokonywane na kartach książki.Mamy jeszcze zabójstwa i tutaj także odnajdujemy pewne charakterystyczne rysy dla schyłkowego pereelu.We wszystkie morderstwa wmieszane są osoby znająca ciosy karate a zwłaszcza te niebezpieczne,śmiertelne uderzenia.Autor podkreślał, że ta sztuka walki jest bardzo modna i znajduje coraz więcej chętnych bez względu na wiek i wykształcenie.A moda na uderzenia i wyskoki przyszła razem z filmami o Bruce Lee.Tu wkradła się nieścisłość – filmy o karate i sama moda na sztuki walki dopiero w latach osiemdziesiątych co potwierdza moją hipotezę o niewłaściwym datowaniu akcji powieści.Czy autor zrobił to świadomie czy nieświadomie zostaje pytaniem otwartym.To w latach osiemdziesiątych szkoły walki wyrastały jak grzyby po deszczu.Nie dziwię się,że autor poświęcił im bardzo długi i interesujący monolog biorąc tym samym głos w ogólnokrajowej  dyskusji o wadach i zaletach tej dyscypliny sportu.Autor jest zdecydowanie przeciwny i uważa,że kluby karate to wylęgarnia przestępców.Sami „mistrzowie” nie posiadali odpowiednich przygotowań technicznych i filozoficznych a już biegli zakładać szkołę walki.Władze uważały,że należałoby to poddać kontroli i udzielać licencji tylko osobom wykazującym się odpowiednim poziomem wiedzy i umiejętności.

Z omawianej lektury wynika,że brak ideologicznego zapału w elitach socjalistycznej gospodarki nieuchronnie musiał doprowadzić do upadku tak wspaniałego systemu. Zauroczenie zachodnim luksusem powodowało, że wyposzczeni Polacy rzucali się łapczywie na wszelkie dobra zapominając o interesie socjalistycznego państwa. Niestety często okazywało się,że te upragnione cytrusy były niedojrzałe i w związku z tym bardzo kwaśne i niesmaczne.Czasami mogły  być trujące i wywoływały niemiłe dla smakosza dolegliwości -biegunki i wymioty.Nawet pełna poświęcenia i czujności praca milicjantów nie uchroniła PRL-u przed destrukcją.Nawet tak dzielni i niepodatni na pokusy konsumpcjonizmu funkcjonariusze jak prokurator Adam Rogala,kapitan Biały,porucznik Tomasz Suwała nie byli w stanie zatrzymać wszystkich aferzystów i powstrzymać fali demoralizacji  rozlewającej się w samym sercu systemu.