Ziemski Krystyn „Niewidzialne kręgi” – Pierwsza seta 98

  • Autor: Ziemski Krystyn
  • Tytuł: Niewidzialne kręgi
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: seria Czerwona Okładka
  • Rok wydania: 1979
  • Nakład:
  • Recenzent: Andrzej Smosarski
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK Recenzja Wiesława Kota

Młody oficer w świecie prowincjonalnych kanalii

Służba w milicji obywatelskiej wymaga nieustannej czujności, nawet wówczas, gdy przełożeni wyślą danego funkcjonariusza na głuchą prowincję – takie przesłanie można wydobyć z powieści Krystyna Ziemskiego pt. „Niewidzialne kręgi”, z którą dane mi było obcować przez kilka ostatnich wieczorów. Nie jest to może myśl pojawiająca się jakoś wyjątkowo rzadko w literaturze peerelowskiej, nie tylko milicyjnej, sądzę jednak, iż w dziele obywatela Ziemskiego zyskuje ona potwierdzenie w sposób, który i dziś jeszcze może krzepić serca maluczkich drżących przez światem przemocy i zbrodni.

Po zapoznaniu się z treścią dziełka „Niewidzialne kręgi” czytelnik rzeczywiście ma prawo żywić złudzenie, iż naszego bezpieczeństwa strzegą ludzie prawi, odważni i rozsądni, które zapewne żywić będzie tak długo, aż ukradną mu auto, obrobią dom „na śpiocha” lub skopią na własnej klatce schodowej i trzeba będzie szukać pomocy u odpowiednich służb. A to oznacza, iż autor sprawdził się w pełni jako spec public relations wiadomego resortu i wiele jeszcze w Wiśle wody upłynie nim te wszystkie Janasy i Biedziaki dorównają klasą starym mistrzom. W dodatku ów chwytający za serce wizerunek funkcjonariusza MO to bynajmniej nie jedyna zaleta powieści Ziemskiego, która poza tym stanowi także ciekawy dokument swojej epoki. Po jej przeczytaniu wszelkie dzisiejsze spory na temat epoki gierkowskiej między tymi, którzy zapamiętali ją jako raj utracony, a ich adwersarzami porównującymi lata siedemdziesiąte do okupacji hitlerowskiej wydają się jałowe. Z książki Ziemskiego wydanej ponad dwadzieścia lat temu wyziera bowiem obraz Polski zadziwiająco mało egzotyczny – w dusznym klimacie polskiej prowincji dostrzegamy te same typy jakie i dziś wypełniają stadnie przestrzeń miedzy Bugiem i Odrą. Oto małe i większe kanalie, banalni szubrawcy i zwyczajne ordynarne sukinsyny – prawdziwa galeria osobników skłonnych dla paru złotych utopić bliźniego swego w łyżce wody. Układ personalny sprawiający, iż większa część tychże osobników zajmuje dość eksponowane stanowiska raczej rodaka nie dziwi, jedyna różnica leży w skali ich sprzecznej z prawem działalności. Pozostaje tylko z łezką w oku wspominać czasy, kiedy przestępczość gospodarcza miała wymiar mniej wstrząsający i polegała na kradzieży z sektora państwowego paru ton deficytowych materiałów gospodarczych, a nie od razu okradania podatnika na równowartość kwartalnego budżetu służby zdrowia w całej Polsce, albo rocznych wydatków stutysięcznego miasta, o czym dziś słuchamy ziewając ze znudzenia.

Tak tedy nie dziwią realia, w jakich porusza się świeżo upieczony porucznik milicji obywatelskiej Andrzej Korcz.  Po ukończeniu szkoły oficerskiej otrzymuje on skierowanie do pracy w komendzie małego miasteczka o nazwie Zaborów. Tą decyzję nasz bohater przyjął „bez słowa protestu”, bo jako człowiek z zasadami „nie szukał protekcji”, choć naukę na milicyjnej akademii „ukończył z drugą lokatą”, a zapewnienia, iż w małym miasteczku szybciej awansuje uznał „za niezbyt przekonujące”. Porucznik Korcz, indywidualista do tego stopnia, że zdarzyło mu się nawet odszczekiwać wykładowcom, ale w gruncie rzeczy niespecjalnie bezczelny osobnik, przybywa na miejsce i od razu zauważa różnice miedzy stolicą a prowincją. W Zaborowie nie istnieje anonimowość tłumu, wszyscy się znają, a obcych obserwują z zaciekawieniem („Zewsząd te ciekawskie, lustrujące spojrzenia. Też sensacja. Milicjanta nie widzieli? – pomyślał z irytacją. Mimo woli wyprostował się pod obstrzałem spojrzeń, obciągnął mundur”). Brakuje też wielkomiejskich luksusów („westchnął wspomniawszy Warszawę. Wsiadłby w tramwaj czy autobus. Żaden problem. A tu dymaj człowieku na piechotę”). Na szczęście roboty mu nie zbraknie, a nowy szef – major Zięba to równy gość („oszczędny w słowach umiał w nich zawrzeć wszystko, co niezbędne. Człowiek, który wie, czego chce i potrafi swoje zamierzenia zrealizować – pomyślał Korcz”). Swoją służbę Andrzej Korcz rozpoczyna czynem bohaterskim – podczas zabezpieczania akcji gaszenia pożaru magazynu przez strażaków ratuje życie piętnastoletniemu chłopcu z jednego z budynków, na który przeniósł się ogień niesiony wiatrem. Wymaga to oczywiście wielkiej odwagi, ale tak rasowy milicjant jak on nie ma z tym żadnego kłopotu („już chce odejść, gdy jęk się powtarza. Bez namysłu rzuca się do środka”). Potem przejmuje śledztwo w sprawie pożaru, którego okoliczności wydają mu się dziwne – magazyn spłonął w przeddzień remanentu, dozorca na placu sprytnie wymiguje się od odpowiedzialności („niedowidzę – wyjaśniał – coś kiepsko jest ostatnio z moim wzrokiem”). Podejrzewa, iż może chodziło o zamaskowanie kradzieży w magazynie. Intuicja, która nie raz jeszcze i później pomoże mu w rozwikłaniu tej zagadki, nakazuje mu przechadzkę po tutejszej dzielnicy willowej zwanej przez mniej zaradnych obywateli „Złodziejowem”. Czujny funkcjonariusz przechadzając się po jej uliczkach notuje w myślach nazwiska właścicieli z tabliczek na furtkach („willa? Raczej pałacyk. Właściciel: Albin Janiszewski. Że też go na to stać – myśli – ciekawe, kim okaże się posesjonat”). W kilku miejscach zauważa też pracujących robotników z deficytowymi oknami i marmurami.

Część właścicieli okazuje się należeć do miejscowych bonzów świata spółdzielczego i branży budowlanej. Korcz poznaje ich obserwując specjalną naradę tego środowiska, której wiodące hasło brzmi „Troska o mienie – zadaniem każdego aktywisty”. Także w tym miejscu powieści czytelnik przekonuje się jak bardzo niekonwencjonalne, czasem wręcz wywrotowe podejście do świata ma młody porucznik. Ten bywa nie tylko krytyczny wobec uznanych norm życia społecznego („ze słowa „mienie” odkleiły się trzy pierwsze litery. Pozostało tylko „nie”. Że też nikt tego nie zauważył – myśli Korcz uśmiechając się w duchu. – A może i tu nikt nie zwraca uwagi na takie napisy?”), ale też doskonale zna się na ludziach i z miejsca czuje sympatię do dyrektora przedsiębiorstwa władającego spalonym magazynem, niejakiego Jakubiaka, na którym inni decydenci wieszają z lubością psy. Jak się później okaże, ów Jakubiak był jedynym sprawiedliwym wśród dyrektorskich kanalii.

Tymczasem porucznika w jego miejscu pracy odwiedza siostra uratowanego piętnastolatka. „Filigranowa szatynka, w skromnej, letniej sukience w kwiaty”, czyli obywatelka Wróblówna opowiada wybawcy swojego brata nie tylko o tym jak bardzo jest szczęśliwa z jego czynu, ale też o tajemniczej śmierci starszego członka rodzeństwa, Jurka. Ten ostatni zginął jakiś czas wcześniej w bardzo podejrzanych okolicznościach. Jego ciało znaleziono w rzece, a ubranie na jej brzegu i milicja uznała, iż facet sobie zdrowo popił, a potem poszedł popływać i szlag go trafił. Siostra jednak jest przekonana, iż to nieprawdziwa wersja śmierci Jerzego Wróbla – tego dnia miał on się z kimś spotkać i wyszedł z domu z dokumentami, których później nie znaleziono.

Teraz Korcz działa dwutorowo. Prowadzi sprawę pożaru, a jednocześnie niucha w sprawie starszego Wróbla. Obie sprawy łączy z sobą obecność w niej ludzi związanej z budownictwem – Wróbel był kierownikiem budowy w firmie kierowanej przez Jakubiaka, a świadkiem potwierdzającym oficjalną wersję jego śmierci jest dyrektor techniczny tego samego przedsiębiorstwa Bronisław Walicki. Pod tym względem „Niewidzialne kręgi” stanowią niejako powieść branżową i można odnieść wrażenie, iż w Zaborowie istnieje tylko jeden zakład pracy – poza komendą milicji i urzędem gminy rzecz jasna.

Tym, kto pomaga Korczowi podążyć we właściwym kierunku jest nieoczekiwanie prosty przedstawiciel klasy robotniczej, w dodatku karany w przeszłości za kradzież worka z cementem, niejaki Duś. Wskazany przez magazyniera Antosa jako podejrzany o wywołanie pożaru Duś ma murowane alibi – tą noc spędził w wojewódzkim mieście na Izbie Wytrzeźwień, wypoczywając w niej po ostrym piciu z okazji narodzin dziecka. Twierdzi też, iż nigdy cementu nie ukradł – wrobił go Antos, którego polecenie wykonywał wywożąc cement poza teren budowy. Najważniejszą wiadomość przekazuje na koniec: „niech pan sprawdzi, gdzie się podziała ostatnia partia klepki, przeznaczona na wykończenie bloków. Może znów trafiła na prywatne budowy?”. Oto zdanie – klucz do rozwiązania zagadki.

Teraz Korcz już wie, iż w firmie budowlanej wyraźnie rysowały się dwie koterie – frakcja dyrektora głównego Jakubiaka (był w niej ów Duś oraz za życia Wróbel) grupa dyrektorsko- prezesowska. Ponieważ ta druga łączy wyraźnie cwaniackie typy właścicieli willi, a od kolegi z milicji Korcz dowiaduje się, że Jakubiak i Duś to ludzie, którzy naprawdę chcieli coś zmienić na lepsze w przedsiębiorstwie, jest jasne, na kogo pada podejrzenie. Tym bardziej, że podobnie mętnie prezentuje się także dyrektor Walicki.

Tymczasem robi się groźnie. Wróblównę napada dwóch mężczyzn, na szczęście w jej obronie staje jej sąsiad, starszawy obywatel Kiciński, który w pierwszych latach po wojnie wraz z majorem Ziębą umacniał władzę ludową, potem zaś zamiast konsekwentnie zasilić szeregi MO wybrał życiową rolę permanentnego konsumenta alkoholu. Korcz bez trudu ustala, iż w napadzie brał udział niejaki Baziak, którego przeszłość „zamyka się w kilkakrotnych kontaktach z kolegium, zakończonych ukaraniem go grzywną za zakłócanie spokoju w stanie nietrzeźwym, bądź za spowodowanie uszkodzeń ciała i awantury”. Szuka jego wspólnika, gdy okazuje się, iż Kiciński nie żyje – znaleziono go na schodach wraz z rozbitą butelką wódki.

Teraz sprawy toczą się już szybciej. Poprzez Baziaka i jego gryps słowny „niech pijaczek nie kracze” przenoszony przez kompana z celi, trafia do jego wspólnika Śliwiaka, (swoją drogą czytelnicy posiadający nazwisko o końcówce „– ak” mogą w tym miejscu poczuć się nieswojo), który dokonał morderstwa, choć twierdzi, że chciał go tylko nastraszyć). W czasie poszukiwań mordercy Śliwiaka Korcz buszuje po księdze meldunkowej motelu „Pod sosnami”, stwierdzając ze zdumieniem, iż rzekomy świadek śmierci Wróbla Walicki feralnego dnia zabawiał się tam z niejaką Ziachówną, aktywistką Ligi Kobiet, oficjalną narzeczoną sołtysa z pobliskiej wsi. Potwierdza się też zniknięcie klepki podłogowej, a także nienaturalność śmierci Wróbla („tyle rzeczy nie zostało wyjaśnionych. Spitolili tą sprawę – myśli. Wstyd mu wobec Wróblówny. Niedbalstwo, zła wola, sugestia?”). Wydaje się, że jest już po sprawie.

A jednak nie. Przez cały czas dzielny porucznik toczy pojedynek na kilku na kilku frontach. Jego nieufność wobec lokalnych bonzów powoduje liczne skargi na jego grubiaństwo i tylko siła woli majora Zięby sprawia, iż Korcz może kontynuować śledztwo. Z kolei jako przystojny mężczyzna Korcz staje się obiektem zainteresowania przedstawicielek płci pięknej, zwłaszcza córki ludzi, u których kwateruje. Oczywiście pogrążonemu w pracy śledczej porucznikowi milicji nie w głowie życie płciowe, ale jak wiadomo kobietom odmawiać nie należy, zwłaszcza, gdy sobie tęgo popiją („ siada przy stole, gdy drzwi się znów otwierają. Wpada Królakówna. Jest wyraźnie podekscytowana, agresywna, bardzo już podpita. – Znów pan uciekł?! Nic z tego. Musi pan pójść ze mną. Nie podobam się panu? – mówi bełkotliwie. Korcz patrzy na nią z wyraźnym niesmakiem. – Niech pani wraca do gości. Ja muszę pracować – rzuca stanowczo. Krolakówna patrzy na niego przez chwilę szeroko otwartymi oczami. Potem zaczyna na sobie gwałtownie drzeć suknię. – Dlaczego ty mnie nie chcesz? – krzyczy”). Mimo, iż porucznik bohatersko opiera się tej interesującej ofercie, do majora Zięby i tak już nieco przerażonego bezkompromisowością swojego podwładnego dochodzą sygnały, że Korcz lubi gwałcić. Na szczęście nawet ojciec niedoszłej kochanki Korcza odpiera te zarzuty. W tym czasie śledztwo jednak jest zresztą na ukończeniu. Wiadomo już, że sprawa kradzieży klepki to tylko wierzchołek góry lodowej. Korcz stosując wyrafinowane metody śledcze odnajduje w willach prominentów jak najbardziej kradzione gustowne wyposażenia łazienek („w domu zgodnie z przewidywaniem zastał tylko gosposię. Pod pretekstem umycia rąk zaszedł do łazienki. Rzut oka na jej wyposażenie. Jasne. To z tej, przeznaczonej dla bloków mieszkalnych, partii – był pewien. Tyle, że gosposia nie wiedziała, gdzie państwo nabyli te śliczności.(…) U Malińskich powiodło mu się lepiej. Szesnastoletnia córka opowiedziała mu o wszystkim. Zabrał ją do komendy, aby spisać protokół od ręki. Na dziś zaprosił mamę. Potwierdziła. Musiała potwierdzić.”) i inne deficytowe cacka, które powinny były trafić do bloków mieszkalnych. Wszystkie ślady prowadzą do niejakiego Olsienkiewicza – miejscowego prywaciarza budowlanego, który w dodatku był zleceniodawcą kłamliwej wersji śmierci Wróbla głoszonej przez Walickiego.

I to właśnie Olsienkiewicz okazuje się być najgorszym z przestępców. Zaniepokojony postępami śledztwa postanawia wyeliminować Korcza ze świata żywych i anonimowo proponuje spotkanie rzekomo w celu oddania papierów Wróbla. Podstęp się udał, ale tylko częściowo – dzielny porucznik otrzymał cios kastetem w łepetynę i wylądował w szpitalu, ale na miejscu szczęśliwie pojawił się kapitan Żarski z wiernym milicyjnym wilczurem obronnym i sprawca został ujęty. Przy okazji czytelnik może dowiedzieć się, jak bardzo służba w milicji wpływa na obyczaje poza pracą. Oto Żarski (ten sam kolega z komendy, który wcześniej niespecjalnie przyłożył się do śledztwa w sprawie śmierci Wróbla) przechadzając się z psiną po parku zauważył Korcza podążającego na spotkanie i z bliżej nieznanych przyczyn (być może mamy tu do czynienia z odruchem bezwarunkowym) zaczął śledzić współpracownika. Ten z pozoru błahy szczegół ma swoją wartość dla czytelników prozy Ziemskiego – wiadomo teraz, że jeżeli idąc po papierosy albo do miejskiego szaletu zauważymy, iż podąża za nami znajomy funkcjonariusz nie powinniśmy od razu uważać tego za skazę na wzajemnych stosunkach. Ot, to tylko taka zawodowa przypadłość.

Zbrodnia w „Niewidzialnych kręgach” ma swój wymiar klasowy. Przedstawiciel inicjatywy prywatnej Olsienkiewicz, do którego firmy trafiała większość kradzionych z budowy bloków klepek, armatur i podobnego towaru okazał się też mordercą Wróbla, który jako „uczciwy, energiczny, bezkompromisowy” kierownik budowy nie chciał brać udziału w matactwach. Inny prywaciarz, zaprzyjaźniony ze zbrodniarzem właściciel warsztatu samochodowego, okazał się zleceniodawcą pobicia siostry denata. Uważny czytelnik nie będzie na pewno zaskoczony, gdy wyjaśni się, iż tym właśnie niegodziwcem, który zlecił napad na dziewczynę Baziakowi i Śliwiakowi jest osobnik o nazwisku Łuczak. Zbiorowym oskarżonym są wyzbyte ze wszelkich zasad elity Zaborowa, których życiowym celem staje się zdobycie atrakcyjnego sedesu, zagranicznej klepki podłogowej i podobnych rarytasów na potrzeby własnych willi czy domków letniskowych. Po stronicach powieści przemieszczają się liczni pazerni i prostaccy mniejsi lub więksi notable oraz ich wierni pomocnicy ze sfer urzędniczych bądź magazynowych. To właśnie oni wraz z rodzinami tworzą owe tytułowe niewidzialne kręgi napełniając dusznością atmosferę małego miasteczka.

Na tym tle jeszcze piękniej rysują się postacie prawe, o duszach niezmąconych blaskiem materialnych dóbr, rozumiejący, co to znaczy dobro społeczne. Są to oczywiście milicjanci: dawny weteran walk z Wehrwolfem, dziś nieco zagubiony w świecie cwaniaków i karierowiczów major Zięba, bezkompromisowy i odporny na naciski prominentów i wdzięczenie się kobiet, a nieco mniej na ciosy kastetem porucznik Korcz, a nawet kapitan Żarski, który wprawdzie nieco za bardzo wierzy świadkom na dyrektorskich stołkach, ale zamiast wylegiwać się w wolnym czasie na tapczanie hasa sobie na łonie przyrody z wiernym psem obronnym. Jest też – jeden jedyny, ale zawsze – uczciwy dyrektor Jakubiak, pokrzywdzona przez los, ale czysta jak łza ekspedientka Wróblówna no i robotnik Duś, który mimo fałszywego oskarżenia o kradzież cementu dalej niepokoi się o mienie społeczne, choć nie wywiesza tego w formie transparentu nad łóżkiem. Ciągnie swój do swego i dlatego nie dziwimy się wcale, że Korcz trzyma ze szlachetnymi osobnikami nawet w lokalu gastronomicznym („Dziewczyna stawia na stole ćwiartkę, porcję śledzika. Napełnia jeden kieliszek. – A gdzie drugi? – pyta Duś – sam nie będę pił. Pan porucznik nie wypije z robotnikiem? Korcz kiwa potakująco”).

A więc jest nadzieja. W świecie, w którym jakość klozetu znaczy dla niektórych więcej niż siódme przykazanie, a kobiety czyhają na męskie ciało oblizując się z łapczywości, można widocznie pozostać uczciwym człowiekiem, nawet będąc funkcjonariuszem wiadomego resortu jak Korcz, gospodarczym prominentem jak Jakubiak czy obywatelem sądownie karanym za kradzież jak Duś. Przynajmniej tak zdarza się w powieściach milicyjnych.