Zeydler-Zborowski Zygmunt „Nawet umarli kłamią” – Pierwsza seta 94

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Nawet umarli kłamią
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1971
  • Nakład: 40000
  • Recenzent: Sylwia Praśniewska
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

Atawistyczne skłonności bohaterów

Choć akcja powieści (osnuta wokół sprawy fałszerstwa pamiętników dygnitarzy hitlerowskich) wciąga bardzo szybko, daleko jej jednak do niezrównanych kreacji bohaterów. Zborowski wprowadza na przykład bardzo frapującą postać o wdzięcznym nazwisku Kociuba.

Franuś, jak przystało na funkcjonariusza MO, ma „szczerą, sympatyczną twarz”. W milicji radzi sobie niezgorzej, gdyż wszystko bierze na zdrowy, chłopski rozum. Biedak ma jednak kłopoty z koordynacją ruchów, gdyż co chwila potrząsa głową, kręci nią lub kiwa. Jakby tego nie było dosyć, szwankuje mu przełyk: „Kociuba usiadł i przełknął ślinę” (s. 4), „Kociuba z wysiłkiem przełknął ślinę” (s. 6), „Kociuba był pąsowy. Z trudem przełknął ślinę” (s. 110). Minę najczęściej robi niewyraźną, bardzo niewyraźną, a nawet karawaniarską. W połączeniu z niejednokrotnym wytrzeszczaniem oczu musi to wyglądać interesująco.

Przełożeni dbają, by Franio się dobrze prowadził. Zaklinają go nieustannie, żeby nie wdawał się w żadne flirty ani w pracy, ani w mieszkaniu. Franuś słucha i grzecznie wypełnia rozkazy, choć wdzięki kobiet (a raczej babek lub bab, jak je zawsze nazywa) nie są mu obojętne. Raz tylko daje się namówić na przejażdżkę mercedesem z dwiema „eleganckimi babkami” i „forsiastym facetem”. Bardzo szybko jednak tego żałuje. „Co by powiedział major, gdyby go zobaczył w takim towarzystwie?” (s.22) W gruncie rzeczy poczciwina z niego i człek nieskomplikowany. Nigdy niczego „nie obwija” w bawełnę i tego samego oczekuje od innych: „Nie ma co obwijać w bawełnę” (s. 109), „A teraz może mi pani szczerze powie, ale tak nie obwijając w bawełnę, co panią dręczy” (s. 38).

Nie tylko Kociuba, ale też inni bohaterowie często mają wyraźne problemy z myśleniem i pomagają sobie jak mogą: „Hm – Kociuba zapalił papierosa i podrapał się w głowę” (s. 39), „Kociuba poskrobał się za uchem” (s. 30), „Płotowski podrapał się za uchem” (s. 66), Lubicki podrapał się w głowę” (s. 170), „Downar poskrobał się za uchem” (s. 157, 175), „Kociuba podrapał się w głowę” (s. 208), Kociuba poskrobał się w głowę” (s. 208), „Hm – Downar w zamyśleniu podrapał się za uchem” (s. 223), „Kociuba podrapał się po karku i w zamyśleniu popatrzył na polską Amerykankę” (s. 57), „Płotowski w zamyśleniu potarł czoło” (s. 99), „Leśniewski zapalił papierosa i zaczął chodzić po pokoju. Masował sobie z zapałem kark, co oznaczało, że myśli intensywnie” (s.174).

Jednym z najczęściej używanych słów jest „cholera” i różne od niej wyrazy pochodne. Bohaterowie nie ględzą niepotrzebnie, zresztą po co, skoro to uniwersalne słowo wyraża wszystkie emocje, od skrajnie negatywnych do skrajnie pozytywnych: „Cholernie mi żal tej dziewczyny” (s. 86), „Cholernie zagmatwana sprawa” (s.99), „Nie mam pojęcia, panie majorze, gdzie ona mogła wsadzić ten cholerny paszport” (s. 161), „Cholera z tymi babami” (s. 68), „[…]wypiłem dwa czy trzy te cholerne cocktaile” (s. 31), „Cholera – powiedział z uznaniem Kociuba” (s. 115).

Mimo zawikłanej zagadki kryminalnej, morderców nietrudno rozpoznać, gdyż są zwierzokształtni… Na tym nie koniec sensacji, mają oni również kanciaste głowy! „Przyglądała się jego kanciastej głowie” (s. 41, Nic dziwnego, każdy by się przyglądał),  „Przypominał ogromną małpę ubraną w błękitną pidżamę” (s. 42), „Chciała trochę odpocząć od tego bydlaka[…] Przecież to dzikie zwierzę, małpolud” (s. 129), „W drzwiach stał wysoki mężczyzna o gorylowatych kształtach. Nabrzmiała, małpia twarz była groźna” (s. 217), „Szeroka, mięsista twarz nie wyrażała żadnych uczuć” (s. 40), „Jak go pan pozna, to niech się pan przyjrzy jego rękom. To urodzony dusiciel” (s. 129), „Na małpiej twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu” (s. 162 Niemożliwe!), „Na szerokim, muskularnym karku kanciasta głowa. Twarz mięsista, do złudzenia przypominająca antropoidalną małpę” (s. 220). Autor wyraźnie lubuje się w ciągłym podkreślaniu ich gorylowatości. Nie opuszcza też ku temu żadnej okazji.

Hm, nie pozostaje nic innego, jak poskrobać się za uchem i z trudem przełykając ślinę, nie „obwijać” już niczego w bawełnę. To cholernie zabawna książka.