- Autor: Frender Igor
- Tytuł: Kto widział ich śmierć
- Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
- Rok wydania: 2026
- Recenzent: Grzegorz Cielecki

Milicjanci, wilkołaki i zjedzona ręka
Lektura powieści Igora Frendera to ostra jazda bo bandzie i każdy kto się w niej zagłębia czyni to na własną odpowiedzialność. Nic bowiem nie będzie już takie samo jak przed lekturą. Autor bowiem przenicowuje kryminał milicyjny na wylot i wykorzystując jego podstawowe elementy dodaje horror, absurd i groteskę, tworząc zupełnie nową jakość. Tak właśnie dzieje się w powieści „Kto widział ich śmierć”.
Niech nas nie zwiedzie okładka na której widzimy milicyjnego fiata i tajemniczą postać w zimowej scenerii. Oczywiście te elementy też w powieści znajdziemy, ale to jedynie punkt wyjścia.
Akcja rozpoczyna się w roku 1945 i mówi się o tajemniczej akcji „14””, w której uczestniczyli Niemcy. Potem na chwilę jesteśmy świadkami pożaru stodoły w roku 1946, a następnie skaczemy do roku 1979 i tu właśnie rozgrywa się zasadnicza część akcji. Wiemy oczywiście, że ślad będzie prowadził w przeszłość, to wszak jeden z podstawowych motywów powieści milicyjnej. Przeszłość okupacyjną rzecz jasna. I od razu wchodzimy w gąszcz postaci i ich nieoczywistych powiązań. Dość powiedzieć, że na trzech kolejnych stronach mamy tuzin nazwisk. Można się łatwo zgubić, ale to dopiero początek. Zaraz mamy też pierwszego trupa – osobę zadźganą nożem. I już, kiedy wydaje się że dalej będzie tradycyjne śledztwo, pojawia się pół człowiek pół wilkołak. Potem romantyczna kolacja, w trakcie której zostaje zjedzona dłoń pielęgniarki, za jej zresztą przyzwoleniem. A dalej jest jeszcze dziwniej. Każde kolejne zdanie to jak krok po polu minowym. Nie możemy przewidzieć co i gdzie wybuchnie, a wybucha raz po raz. Frender miesza w dowolny sposób wszystko, co mu tylko podpowie wyobraźnia i podsuwa czytelnikowi bez mrugnięcia okiem. Jednocześnie nie zapomina o powieści milicyjnej, powołuje się na przykład na serię „Ewa wzywa 07”, nawiązuje do Barei i Iredyńskiego. Migają nam przed oczami różne elementy kultury PRLu, którymi Frender żongluje niczym prestidigitator. Fabuła podąża w różnych kierunkach, zatrzymuje się, za zawraca, skręca, słowem jest niemal nie do ogarnięcia.
Jako to spaja ją kilku milicjantów – stałych bohaterów powieści Frendera, głównych śledczych. Przede wszystkim zatem porucznik Jan Jedyna (świetny śledczy, dobry analityk, człowiek odważny) i major Wiktor Jelleń, marzący o awansie na pułkownika. To ich śladem warto pójść, by nie zagubić się kompletnie w gąszczu pędzących na łeb na szyję wydarzeń. Czasem wyraźny brak logiki i następstwa wydarzeń to świadoma decyzja artystyczna autora, o której wiemy wprost z narracji. Takie bowiem jest życie w ogóle, w dużej mierze przepełnione przypadkiem i absurdem. Prozę Igora Frendera można traktować w rozmaity sposób. Dla mnie do przede wszystkim przednia zabawa gatunkiem. Fabuła pozostaje gdzieś w tle. Natomiast atencję dla gatunku milicyjnego widzimy przede wszystkim w urodzie opisów: „W pierwszym pokoju zastali dywan rodem z Turcji, czarną meblościankę z połyskiem, z segmentem, na którym stal telewizor Jowisz i z półotwartym barkiem, z którego wystawały butelki żytniej wódki, kieliszki oraz radziecki szampan”. Czysta i gatunkowa poezja.
