Frender Igor – Mordercza proteza 296/2026

  • Autor: Frender Igor
  • Tytuł: Mordercza proteza
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
  • Rok wydania: 2020
  • Recenzent: Tomasz Lada

Popkulturowe party na pełnej. Nieślubne (a może i ślubne) dziecko porucznika Borewicza i kapitana Żbika w oparach wódy, grzybów i trawy. Frender idzie szeroko, chwilami szarżuje, ale tym razem mocniej niż w przypadku „Człowieka Jatki” trzyma się poręczy formatu powieści milicyjnej. Zresztą nie tylko milicyjnej, bo finał mamy niczym z prozy Agathy Christie.

Po nieco przegadanym początku mamy tu bowiem do czynienia z prawie klasycznym PRL-owskim kryminałem. Choć oczywiście smaku „Morderczej protezie” dodaje właśnie to „prawie”.
Bo z jednej strony druga odsłona przygód kapitana Jana Jedyny jest dziełem mniej anarchicznym niż sensacyjny debiut Frendera, z drugiej jednak dowodzi, że facet jest coraz sprawniejszym pisarzem i lepszym, zabawniejszym komikiem, satyrykiem, humorystą. Porządkuje swoje szaleństwo lub, jak kto woli, bardziej kontroluje temperament. Ale zdecydowanie nie można tu mówić o ugrzecznieniu. Dzięki temu może sobie pozwolić, paradoksalnie, na więcej szaleństwa.
Bo jeżeli komuś „Człowiek Jatka” wydawał się dojściem do ściany, nie docenił Frendera. W „Morderczej protezie” pisarz udowadnia, że jego wyobraźnia i poczucie humoru nie znają granic. Po raz kolejny wykorzystuje klasyczny anturaż włoskiej literatury i kina giallo, by zabawić się naszymi przyzwyczajeniami i tą całą retromanią. Bo – i tu znów paradoksalnie – choć cykl o Jedynie jest jednym wielkim świadomym przegięciem, dużo lepiej opisuje rzeczywistość – na pewno ludzi i miejsca – niż cała ta fala oparta na nostalgii za starymi, może trochę dziwnymi, dla większości już egzotycznymi, ale fajnymi czasami. Na dodatek dzięki lepszemu warsztatowi Frender jest jeszcze bardziej Busterem Keatonem naszego popu – absurd i groteskę fabuły oraz opisywanych czasów podaje z absolutnie kamienną twarzą. Dzięki temu ten absurd i ta groteska są jeszcze bardziej absurdalne i groteskowe.
Frender jest tu nie tylko jeszcze lepszy warsztatowo niż w „Człowieku Jatce”. Rozszerza też swoje literackie zainteresowania. „Mordercza proteza” to nie tylko milicyjna komedia giallo, ale i perfekcyjnie poprowadzona parodia PRL-owskich – literackich i filmowych – opowieści dla młodzieży, zwłaszcza tych skierowanych do rozromantyzowanych dziewcząt, wychodzących spod pióra Krystyny Siesickiej, Haliny Snopkiewicz i im podobnych królowych ckliwego, erotycznego w wersji super light pisarstwa. I niby to tylko wątek poboczny, ale zwraca nie mniej uwagi i, przede wszystkim, bawi nie mniej niż naznaczone kilkunastoma nieboszczykami śledztwo kapitana Jedyny.
Chciałbym napisać, że lektura tego Frendera to prawdziwa uczta. Jednak ze względu na jeden z wątków nie jest to chyba najsmaczniejsze określenie. A więc może po prostu: „Mordercza proteza” to świetna zabawa dla tych, którzy mają problem z poziomem współczesnych polskich kabaretów.
I ponieważ to już druga powieść Frendera o kapitanie Janie Jedynie, można mówić o narodzinach nowego gatunku. Może i niszowego, ale bardzo ożywiającego coraz mocniej zasiedziałą w schematach polską prozę pop.
I tylko jedna uwaga. „Dotknięcie nocy” Stanisława Barei miało premierę 11 stycznia 1962 roku. Kręcono je w 1961 roku. A więc na pewno nie było inspirowane napadem z 1967 roku. Inna sprawa, że „Mordercza proteza” na głowę bije ten zapomniany klasyk polskiego kryminału.