- Autor: Edigey Jerzy
- Tytuł: Strzały na rozstajnych drogach
- Wydawnictwo: Czytelnik
- Seria: Z jamnikiem
- Rok wydania: 1970
- Nakład: 60280
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Bartosza Brzózki
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Spowiedź dętego frajera i bluzgi Baśki
Jerzy Edigey, jeden z gigantów powieści milicyjnej i autor chyba dziś najbardziej pamiętany i po którego się najchętniej sięgamy był niewątpliwie stylistycznym gawędziarzem. Tytułem szczególnym w tym odcinku wydają się „Strzały na rozstajnych drogach”. Samych wydarzeń nie ma tu tak wiele, ale zostały one obudowane lekkością narracyjną i widocznym przechyłem obyczajowym, zdecydowanie tu górującym nad wątkami kryminalnymi. W pewnym sensie jest to także przypowieść o życiu.
Oto do Pałacu Mostowskich czyli Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej przybywa Stanisław Kowalski. Przybywa zaś po to by odbyć spowiedź życia, opowiedzieć o swoim udziale w poważnym przestępstwie i oddać się z własnej woli i moralnego ciśnienia w ręce organów ścigania. Przyjmuje go w końcu major Witold Nowakowski, który ma akurat nocny dyżur i jest skłonny przeznaczyć go na wysłuchanie wywodów skruszonego przestępcy. Cała powieść okazuje się w zasadzie jedną wielką narracją pana Kowalskiego, który żył sobie samotnie, prowadząc warsztat naprawy telewizorów. Dni płynęły jeden po drugim i mogłyby płynąć dalej, gdyby w miejscu pracy Kowalskiego nie zjawiła się olśniewająca kobieta imieniem Barbara, która…zaprosiła go do swej willi na Mokotowie celem naprawy telewizora. Tam pan Kowalski poznał męża pani Barbary, zaprzyjaźnił się z obojgiem i zaczął bywać. Szybko okazało się, że nie jest obojętny pani domu, która zaczyna darzyć naszego narratora coraz czulszymi względami. Jak już spec od telewizorów świata poza Basią nie widział, zostaje poproszony o udział we wspólnym skoku na wóz wiozący pobory dla zakładów metalurgicznych gdzieś pod Mińskiem Mazowieckim. Wszystko zostaje dopracowane w szczegółach. Kowalski ma stać na czasach i w odpowiedniej chwili, po wykonanej robocie umknąć z miejsca zdarzenia wraz z Baśką Jerzmanowską i jej mężem. Potem mąż ma się oddalić na zawsze, a Stanisławowowi i Baśce będę ślicznie płynąc dni wśród róż i wina. Niestety skok nie udaje się, ginie dwóch ludzi, a nasza szajka musi uciekać i ukrywać się. Z tym, że jak wspomnieliśmy Stanisław pełnił jedynie funkcję kierowcy. Co jest prawdą w tej opowieści? Na pewno afekt Stanisława do Baśki, reszta zaś to naiwna bajeczka, którą czytelnik dostrzega od pierwszej chwili. Bo czyż atrakcyjna Baśka poleciałaby na takiego szaraka jak Stanisław? No, dobrze, ale wykorzystanie „dętego frajera”, jak go w efekcie określiła Baśka, a potem przeszła do sterty wulgaryzmów, których szczegółowo niestety nie poznajemy, gdyż Edigey od wulgaryzmów stroni, to już wszystko co się nam proponuje autor ? Otóż nie. Mamy kilka pomniejszych zaskoczeń, dość zręcznie upchniętych w końcowych partiach dzieła. I powiem, że czyta się z zainteresowaniem. Może dlatego, że każdy chciałby znaleźć się w lepszym świecie niż ten rzeczywisty. Któż nie chciałby rozbijać się po Grandach , Europejskich, Kamieniołomach i Nieporętach; któż nie chciałby popijać starki i Martela oraz szampana francuskiego, a nie rumuńskiego czy radzieckiego. No właśnie. No i któż nie chciałby zapomnieć się przy ognistej Baśce i to mając na karku 38 lat (tyle miał Filip Marlowe; szkoda, że nie napisałem tej recenzji 25 lat temu, miałbym wówczas jedynie 32 lata), a tyle miał nasz technik od telewizorów. Przy dobrych trunkach świat staje się taki bardziej baśniowy. Zacytujmy: „Jedzenie i wódka dobrze nam zrobiły. Zwłaszcza wódka. Zaraz świat zaczął inaczej wyglądać. Nie tak tragicznie.” Możemy także znaleźć delikatną nutę patriotyczną: „-Mamy Ballantine, , Black and White i Johny Walker.. Którą pan woli? Dla mnie te nazwy były wówczas zupełną chińszczyzną (…) Jak większość Polaków uważałem czystą wyborową za najlepszy na świecie trunek. Byle tylko była dobrze zmrożona”.
Wspomniałem na wstępie, że „Strzały na rozstajnych drogach” to też przypowieść o sensie egzystencji, o tym w którym kierunku udać się, kiedy stoimy na rozstajnych drogach, w zasadzie zręczniej by było – na rozstaju dróg. Można pójść w tę, albo we w tę. Stanisław Kowalski udał się we w tę i za nic w świecie nie chciał zawrócić, nawet poznawszy już wszystkie szczegóły intrygi, w którą został wplątany. I nawet major milicji nie był wstanie zrobić porządku w głowie i emocjach Kowalskiego Stanisława. A zatem milicja nie wszystko potrafi.
