Wernic Wiesław – Wołanie dalekich wzgórz 455/2027

  • Autor: Wernic Wiesław
  • Tytuł: Wołanie dalekich wzgórz
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Cykl: Doktor Jan i Karol Gordon (tom nr 17)
  • Rok wydania: 1983
  • Nakład: 60320
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Dwóch chłopaków z „Albatrosa” oraz „woda ognista, która rozpala serce i szaleńcem czyni najmędrszego”

Nie ukrywam, że mam sentyment do sagi traperskiej Wiesława Wernica (1906-1986), której zdecydowaną większość tomów – spośród 20 wszystkich – już zrecenzowałem z uwagi na występujące w nich wątki kryminalne. „Wołanie dalekich wzgórz” jeśli chodzi o chronologię wydań jest tomem nr 17, a odnośnie chronologii akcji – 18. Książka liczy 340 stron, a jej cena okładkowa to 110 zł.

Akcja toczy się w USA w stanie Montana, w roku 1892.

Tym razem Karol z Janem wybrali się w podróż żaglówką o wdzięcznej nazwie „Albatros”, kojarzącą mi się z restauracją znajdującą się przy ul. Mostowej w Augustowie, która nieprzerwanie działa tam od roku 1962; piosenką „Beata z Albatrosa” Janusza Laskowskiego („Siedem dziewcząt z Albatrosa – Tyś jedyna…”) z roku 1965, wydawnictwem „Albatros”, które wydało m.in. po jednej książce Simona Gandalfiego i Alastaira MacNeilla – naśladowców Alistaira MacLeana, a które posiadam, a na samym końcu dopiero z samym ptakiem, choć nie byle jakim: w ciągu doby może przebyć nawet 1000 km, dożyć może nawet 70 lat (średnia to 50), w ciągu których przelatuje 8 milionów (!!!) kilometrów.

Celem podróżników był Park Narodowy Yellowstone [czyli najstarszy park narodowy na świecie]. Żaglówką wypłynęli z miasteczka Bismarck i ruszyli rzeką Missouri, a następnie rzeką Yellowstone. Spotkali tam samotnego żeglarza – Adriana Cecila Burnsa, znanego ilustratora książek o Dzikim Zachodzie. Wspólnie z nim popłynęli rzeką Clark, a w poszukiwaniu zwierzyny do jedzenia oraz plenerów malarskich skręcili w jedną z jej odnóg. W czasie drogi spotykały ich różne dziwne zdarzenia, aż wreszcie ich żaglówki zostały otoczone przez indiańskie łodzie kanoe. Czerwonoskórymi dowodzili dwaj … biali, posługujący się poprawną angielszczyzną. Jak się później okazało byli to: Abraham Dunbar alias Czarny Lis – wódz plemienia Czejenów oraz jego przyjaciel – Jeremy Dove. Żaglówki zaanektowano i doprowadzono je do dużego, otoczonego przez las jeziora. Okazało się, że znajdowała się tam indiańska osada, do której należące tipi stały na samym skraju lasu. Żeglarzom odebrano broń i – po zdemontowaniu – żagle, po czym przekazano im jedno tipi do zamieszkania i pozwolono poruszać się po okolicy, informując, że próba ucieczki, z uwagi na rozstawione straże, jest z góry skazana na niepowodzenie. Od tamtejszego czarownika – Białej Antylopy, dowiedzieli się, że zamieszkująca w obozie gromada jest częścią plemienia, której udało się uciec z obławy dokonanej przez „długie noże” mającej na celu zapędzenie Indian do rezerwatu. Kiedy wędrowali lasami natrafili na dwie „blade twarze”, które doprowadziły ich do tego sekretnego miejsca, pomogły w budowie obozu, razem polowali, a zdobyte w ten sposób skóry sprzedawali i dzielili pomiędzy poszczególne rodziny. Biali mieszkali w domku w środku lasu.

Któregoś dnia Jan chodząc po lesie trafił na zwłoki młodego Indianina, które były przykryte derką. W lewej piersi denata tkwiła strzała. Doktor dokonał oględzin miejsca ujawnienia zwłok i odnalazł ślady mokasynów należące do dwóch osób, które do lasu przyszły znad jeziora. Jedną z tych osób był zamordowany. Doktor po powrocie powiadomił o tym swoich towarzyszy, a Karol przekazał tę informację Czarnemu Lisowi. Ten zaś podjął swoje dochodzenie. Pierwszą rzeczą, którą ustalił było to, że strzała nie została wystrzelona z łuku, ale została użyta jako oszczep. Dlaczego zginął Indianin i to właśnie ten, a także kto go zabił – to palące pytania, na które odpowiedzi niecierpliwie oczekuje czytelnik. Tymczasem w osadzie trwały przygotowania do obalenia aktualnej władzy, a w tipi podróżników ustalanie planu ucieczki, najlepiej zaanektowanymi żaglówkami. Jakby za mało było kłopotów to jeszcze w okolicy pojawił się groźny grizli i tropiący go myśliwy.

No cóż, pod względem kryminalnym książka rozczarowuje, gdyż autor zastosował rozwiązanie, którego ani wcześniej, ani później w jego sadze traperskiej nie było. I choć czytelnikom kryminałów rozwiązanie to spodobać się nie może, o tyle fanom westernów przeszkadzać nie będzie, tym bardziej, że biorąc pod uwagę całokształt fabuły, chyba nie można było zrobić inaczej. W sumie, mimo trzech drobnych błędów logicznych (np. jeden z bohaterów zwraca się do innego po imieniu, mimo, że tamten swego imienia nie ujawnił), powieść ta nie jest zła, choć jej styl westernowo-sensacyjno-kryminalny bez zastrzeżeń przyjmą jedynie fani Wernica. I to oni tylko niech czytają tę książkę.