Wiernik Bronisław – Na pirackiej wyspie 453/2025

  • Autor: Wiernik Bronisław
  • Tytuł: Na pirackiej wyspie. Wspomnienia marynarzy ze statku „Praca”
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Rok wydania: 1954
  • Nakład: 7717
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Made in Taiwan

Niniejsza pozycja dotyczy tej samej historii, o której czytałem w książce pt. „W niewoli u Czang Kai-szeka” Zbigniewa Krogulskiego, wydanej również w 1954, ale w Wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Liczy ona 164 strony, a jej cena to 5 zł. Jej autora przedstawiłem w recenzji książki „Kto zabił Szańca?”

Polski tankowiec „Praca” wyruszył z portu w Antwerpii do Konstancy, by tam zatankować naftę, a następnie dostarczyć ją chińskiego Szanghaju. Kiedy był już około 4 dni od portu docelowego [1 października 1954] na niebie pojawiły się amerykańskie samoloty „Dakota”. Marynarze myśleli, że zrobiono z nich zdjęcia „Pracy” i na tym się zakończy. Jednak ostatniego planowanego dnia rejsu dostrzegli w górze samoloty czangkaiszekowskie, czyli należące do skonfliktowanemu z Chinami Ludowymi Tajwanu, czyli Chin Narodowych. Pojawił się też okręt tego państwa, a po jakimś czasie jeszcze dwa. Na „Pracy” nie podjęto decyzji o ucieczce, gdyż wrogi okręt był ze trzy razy szybszy od statku. Polski radiotelegrafista powiadomił o zaistniałej sytuacji chiński Kanton, a potem nadał drugi telegram – TT (sygnał ostrzegawczy) przez CQ (czyli do wszystkich statków).

Tajwański okręt zażądał zatrzymania maszyn zbiornikowca, spuszczenia szalupy motorowej i pojawienia się u nich starszego oficera z dziennikiem okrętowym. Żądania te spełniono. W tym samym czasie na „Pracy” spalono wszystkie dokumenty partyjne i związkowe. Wkrótce na statku pojawił się desant z pirackiej jednostki. Byli to żołnierze Czang Kai-szeka z wyposażeniem „made in USA”. Po wejściu na pokład odseparowali oni marynarzy polskich od chińskich członków załogi. Polecono kapitanowi płynąć do Kao-Hsiung na Tajwanie. Po zacumowaniu w tym porcie do żołnierzy dołączyli żandarmi Military Police. Każdego z członków załogi sfotografowano i od każdego pobrano odciski palców (czyli odbitki linii papilarnych). Czynności z jeńcami prowadził sam szef tajwańskiej tajnej policji do walki z komunizmem – z Tajpej – Liu, którego Polacy przezwali „Mundek”. Przesłuchiwał on naszych rodaków po rosyjsku. Największą rozrywką na statku było oglądanie – po raz enty – jedynego filmu, który był na stanie, zatytułowanego „Gromada” [produkcyjniak z roku 1952, w reżyserii Jerzego Kawalerowicza], w którym wypowiadane kwestie po jakimś czasie marynarze znali na pamięć. Wkrótce gospodarze zaczęli puszczać im amerykańskie filmy propagandowe o wspaniałym życiu robotników w Ameryce i sukcesach wojsk USA w Korei. Następnie pojawiły się wykłady „profesora” Wanga o historii (także Polski) i polityce. Po takim „przeszkoleniu” zaczęto nagabywać „Pracowników”, by składali podpisy na wnioskach o azyl. Któregoś dnia zawieziono ich do Klubu Czterech Mórz w Hotelu Marynarki Wojennej USA, by tam porobić im fotografie z dziewczętami tulącymi się do nich i siadającymi im na kolana, co było profesjonalnym materiałem do szantażu.

Głośnym echem odbiło się zatrzymanie elektryka Żmudzińskiego za uderzenie chińskiego oficera, który się z niego wyśmiewał. Rozmowa policji z nim była krótka: albo pięć lat więzienia albo podpisanie wniosku o azyl. Kolejnym punktem pogłębiania świadomości politycznej u marynarzy były wycieczki pokazujące dobrobyt na wyspie, a także wizyta w kinie na filmie „Mściwy jastrząb” [czyli „Air Force” z roku 1943] o bombardowaniu Japonii [raczej o wojnie USA z Japonią]. Największym szokiem dla załogi było podpisanie wniosku o azyl przez kapitana Wąsowskiego, a potem przez trzech kolejnych marynarzy. „Azylowicze” przezwani zostali „Własowcami”. Kiedy przeniesiono marynarzy ze statku do hotelu, rozpoczęli oni głodówkę. Pięciu z nich zostało zatrzymanych przez żandarmerię i przewiezionych do sztabu marynarki. Byli to ci, którzy najbardziej buntowali załogę przeciwko podpisywaniu próśb o azyl. Z hotelu przeniesiono marynarzy do obskurnej szkoły. Zaczęły się kolejne przesłuchania na komendzie policji. Zaczęły się też prowokacje ze strony „Własowców”. Zaczęła się też kolejna głodówka pod hasłem „Dom albo śmierć”, a po niej kolejne. Do internowanych doszły wiadomości o tym, że polski statek – „Prezydent Gottwald” [imię Klementa Gottwalda nosiło też XIV Liceum Ogólnokształcące w Warszawie m.in. z profilem matematyczno-eksperymentalnym, obecnie – im. St. Staszica] oraz radziecki – „Tuapse” podzieliły los „Pracy”. Wreszcie przyszedł radosny dzień, kiedy dowiedzieli się, że wracają do kraju. Lecieli z dziesięcioma (!!!) przesiadkami, a ich trasa wyglądała następująco: Tajpej (Tajwan) – Hong-Kong (posiadłość brytyjska) – Bangkok (Tajlandia) – Kalkuta (Indie) – Karaczi (Pakistan) – Abadan (Iran) – Rzym (Włochy) – Zurych (Szwajcaria) – Frankfurt nad Menem (NRF) – Kopenhaga (Dania) – Sztokholm (Szwecja) – Wrzeszcz (PRL).

Ciekawa to historia tego aktu piractwa morskiego, a później metod pracy wywiadowczej tajwańskiej policji. Warto ją znać. Książka napisana jest dość przyzwoicie, wydaje mi się, że lepiej niż „W niewoli u Czang Kai-szeka”. Można spokojnie po nią sięgnąć. Dodam jeszcze, że statek „Praca” był pierwowzorem dla statku „Partyzant”, „bohatera” powieści sensacyjnej Janusza Meissnera pt. „Tajfun z południo-wschodu” (Iskry 1955).

PRL-ogizmy: statki – „Praca” (parowiec-zbiornikowiec z roku 1921, w PLO od roku 1951), „Karpaty” (spalinowy zbiornikowiec z roku 1927, w PLO w latach 1951-1957), „Warszawa” (pasażersko-drobnicowy, z roku 1938; zatonął w maju 1945 jako jednostka niemiecka, jego wrak podniesiono i odholowano do Stoczni Gdańskiej, gdzie miał być odbudowany, w końcu oddano go na złom) i „Prezydent Gottwald” (drobnicowiec z roku 1939, zatopiony w roku 1944 jako niemiecki, w roku 1949 podniesiony, odholowany i odbudowany w Stoczni Gdańskiej, pływał pod nazwą „Warta”, która w roku 1953 zmieniona została na „Prezydent Gottwald”, zarekwirowany przez Tajwan 13 maja 1954 roku).