Semczuk Przemysław – Nieuchwytni 377/2025

  • Autor: Semczuk Przemysław
  • Tytuł: Nieuchwytni
  • Wydawnictwo: Świat Książki
  • Rok wydania: 2025
  • Recenzent: Tomasz Lada

Coś tu nie gra. A przecież mamy do czynienia ze świetnym autorem. To Przemysław Semczuk udowodnił, że stworzony przez PRL-owskiego władze mit, iż Zdzisław Marchwicki jest „Wampirem z Zagłębia” – najsłynniejszym polskim wielokrotnym mordercą – był kłamstwem, zaś proces tego nieszczęśnika to zbrodnia sądowa.

Na dodatek tym razem zabrał się za „dziennikarski” samograj – serię głośnych, efektownych przestępstw, które obrosły już noirową legendą. Jakby tego było mało, jako pierwszy reporter miał okazję przyjrzeć się, dotyczącym ich, pilnie strzeżonym gliniarskim archiwom. No i po tej lekturze postawił zaskakujące wnioski. Tyle, że nic tu się nie klei.
Na pewno w „Nieuchwytnych” zawodzi narracja, a szczególnie czytelność historii. Semczuk stara się odtworzyć wszystkie wątki badanych przez siebie śledztw. Problem w tym, że już w epoce milicjanci mieli ich po kilkadziesiąt. Zbudowanie z tego prostej, czytelnej linii fabularnej jest nie lata wyzwaniem. Trzeba umieć zrezygnować z wątków pobocznych i nic lub niewiele znaczących szczegółów. Semczuk tego nie potrafi. A ponieważ jest świetnym tropicielem, ale przeciętnym pisarzem, wątki zaczynają się plątać. Zamiast prostej nici narracyjnej mamy coraz więcej supłów. Może nie splątują historii tak, by stała się niedrożna, ale na pewno nie ułatwiają lektury. Pewnie dlatego najczytelniej wyglądają tu szczegóły geograficzne. Czytając „Nieuchwytnych” co chwila łapałem się na myśli, że powinienem wziąć książkę pod pachę i przejść się z nią perfekcyjnie nakreślonymi trasami zbrodni, które wstrząsnęły Warszawą w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i pierwszej lat sześćdziesiątych XX wieku.
Ale tak naprawdę nie ma tu nic nowego na ich temat. Pojawiają się stare, wałkowane przez lata teorie. Tyle, że znów: zebrane w jednym miejscu tworzą kolejny węzeł. Ich powielenie – zwłaszcza, że jest mało czytelne – sprawia, że tekst jest mało przejrzysty.
Ale to nie seria napadów – na dzielnicowego, modny sklep obuwniczy, urząd pocztowy i bank w Domu pod Orłami – miała być w „Nieuchwytnych” najbardziej seksy. Semczuk podjarał się jedną z wersji śledczych stworzonych w epoce i postanowił połączyć napady rabunkowe ekscytujące opinię publiczną epoki „Kabaretu starszym panów”, „Kapitana Sowy na tropie” i „Wojny domowej” z innym głośnym aktem przestępczym tamtych czasów – porwaniem i zamordowaniem Bohdana Piaseckiego, 16-letniego syna kontrowersyjnego, z bardzo mroczną przeszłością, polityka. Sam pomysł jest bardzo efektowny, na granicach efekciarstwa. Tyle, że jeżeli chce się grać o najwyższe stawki, trzeba mieć jakieś asy. Semczuk ma blotki, bo opiera się na bardzo pobocznej, nieszczególnie badanej przez ówczesne organy ścigania teorii. Nie wiem, jak było naprawdę, ale autor „Nieuchwytnych” niespecjalnie mnie nie przekonał.
Kolejną potężną salwą wystrzeloną przez autora miały być nazwiska sprawców. Jednak tu też jest słabo. Teorie PRL-owskiego prowincjonalnego gliniarza, które wychodziły od instynktownego podejrzenia i były słabo potwierdzalne, w ujęciu Semczuka są równie, a może mniej, wiarygodne. Być może przez to, że autor zaczyna się bawić w fabularyzowanie historii. Ale albo jest twórcą mniej utalentowanym od Bogusława Wołoszańskiego, albo jego tekstu nie podają utalentowani aktorzy. W każdym razie sceny odpraw lub rozmów w milicyjnych gabinetach jeszcze uniewiarygadniają Sewczukowe tezy.
Żeby było jasne: także uważam, że milicja nie zrobiła wszystkiego, by znaleźć sprawców warszawskich napadów, a sprawa zamordowania młodego Piaseckiego nie została rozwiązana przez błędy gliniarzy i rządzących nimi polityków. Wielce też prawdopodobne jest, że sprawy zostały zamiecione pod dywan ze względu na jakieś powiązania stróżów prawa z tymi przestępstwami. Jednak mam wrażenie, że Przemysław Semczuk jeszcze bardziej zaciemnia i tak mocno niewyraźny obraz tamtych czasów i działań.
Na szczęście są te kartograficzne perełki. W najbliższym czasie znów się wybieram na spacer doskonale sobie znanymi warszawskimi ulicami. Tym razem bogatszy o precyzyjną wiedzę na temat ruchów przestępców sprzed sześćdziesięciu lat. Trochę to mało, jak na lekturę książki świetnego reportera, ale jak to mówią: nauczmy się cieszyć drobiazgami.