- Autor: Benjamin Kellog jr.
- Tytuł: Twardziel
- Wydawnictwo: Bellona
- Rok wydania: 1991
- Recenzent: Mariusz Młyński

To jest kolejna książka Wiesława Rogowskiego, która praktycznie nie istnieje – znajduje się ona tylko w wykazach twórczości tego autora oraz w jednym katalogu, gdzie i tak nie jest oceniona (jeszcze) przez nikogo. Jedynym śladem tej powieści jest króciutka notka w „Gazecie Wyborczej” z 1992 roku, gdzie jej autor pisze, że jest to czarny kryminał po polsku i podejrzewa, że musiał go napisać jakiś Polak ukrywający się pod pseudonimem, skoro nigdzie nie można znaleźć nazwiska tłumacza. Z drugą częścią stwierdzenia, siłą rzeczy, się zgadzam, ale z pierwszą nie – według mnie raczej nie jest to czarny kryminał ale bardziej skrzyżowanie Serge’a Jacquemarda, Jamesa Hadleya Chase’a i Roberta Ludluma.
Tym razem Ben Kellog zostaje przez swojego szefa wysłany do Libanu; ma tam znaleźć Johna O’Clousky, pastora prezbiteriańskiego i podpułkownika z wojskowego wywiadu, który miał pertraktować z porywaczami uwolnienie pięćdziesięciu amerykańskich turystów. Porywacze z odłamu Alego Ben Ghaaziego żądają uwolnienia więzionych przez Izrael bojowników palestyńskich; Amerykanie są gotowi zaoferować Ben Ghaaziemu wolny i bezpieczny kanał przerzutu jego towarów przez Genewę, pranie pieniędzy w Panamie oraz możliwość zakupu broni, gdyż uważają, że nie ma ceny za honor własnego prezydenta. Kellog przybywa do Bejrutu, poznaje panienkę o imieniu Lajla i odnajduje André Malhouna, Araba pracującego dla Amerykanów, który przewozi go w góry do twierdzy Ben Ghaaziego. Pertraktacje przynoszą sukces – Ali Ben Ghaazi zwalnia turystów ale dzięki temu wzmacnia się jego pozycja w Libanie i marzy mu się prezydentura. I kiedy prezydent Gemal Gamahal ginie w zamachu, Ben Kellog zaczyna się zastanawiać w czyim interesie on wynegocjował to uwolnienie zakładników.
I właśnie taki, na przykład, Robert Ludlum w swoim najlepszym okresie wykroiłby z tej historii coś naprawdę dobrego; jakąś walkę samotnego, nieświadomego bohatera z tajemniczymi zleceniodawcami, którzy i tak od początku przeznaczyli go na odstrzał. A tymczasem… szkoda gadać; dostaliśmy tandetną bajeczkę w stylu sensacyjnego kina klasy B z ery kaset video z napuszonymi i namaszczonymi dialogami, cynicznymi i twardymi postaciami oraz z bezczelnym i aroganckim głównym bohaterem rzucającym błyskotliwymi odzywkami, namiętnie popijającym whisky i równie namiętnie i często uprawiającym seks. W tej sytuacji zupełnie się nie dziwię, że Beniamin Kellog jr. w ogóle nie istnieje nie tylko w pamięci czytelników ale też i w pamięci internetu – jego wszystkie trzy książki nadają się tylko na makulaturę; szkoda tylko, że na to, żeby zdobyć tę wiedzę musiałem stracić trzy dni. Tylko po co mi teraz w ogóle ta wiedza? Nie lepiej było sięgnąć po Hemingwaya? Co też i wszystkim zalecam, zamiast zadręczania się schyłkową twórczością Wiesława Rogowskiego.
