- Autor: Kaczorowska Zofia
- Tytuł: Podzwonne dla blondynek
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Prawnicze
- Seria: Smok (z Krokodylem)
- Rok wydania: 1990
- Nakład: 40000
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Norberta Jeziolowicza

Emerytowany i kaleki pułkownik James Everhame wynajmuje prywatnego detektywa Michaela Olacka, gdyż uważa, że życie jego wnuczki Dorothy jest w poważnym niebezpieczeństwie – w ciągu ostatnich dwóch lat w okolicy uduszono cztery młode blondynki, a ostatniej zbrodni dokonano przed niespełna dwoma miesiącami.
Apodyktyczny pułkownik, właściciel kopalni złota w Afryce i posiadacz akcji kilku koncernów uważa, że następną ofiarą będzie jego wnuczka i mówi: „Sądzę, że ktoś dybie na spadek po mnie i chce usunąć stojącą na jego drodze Dorothy” – konia z rzędem temu, kto wytłumaczy tę logikę, bo wynika z niej, że morderca znajduje się wśród krewnych Everhame’a; zdrowy rozsądek nakazywałby w tej sytuacji zmianę odnośnego zapisu w testamencie ale w końcu to nie ja napisałem tę książkę. Dorothy traktuje całą sprawę z przymrużeniem oka; troskę dziadka uważa ona za jego fanaberię i uprzedza Olacka, że nie życzy sobie jego jakiejkolwiek kontroli („Pana działalność wcale mi nie przeszkadza pod warunkiem, że nie będzie się pan wtrącał w moje sprawy osobiste”). Olack ma wszędzie występować jako sekretarz współpracujący z pułkownikiem przy spisywaniu jego pamiętników; dzięki temu nawiązuje kontakty z sąsiadami i stwierdza, że wszyscy coś ukrywają i coś wiedzą ale boją się mówić.
Zofia Kaczorowska swoją ostatnią powieść napisała chyba na kolanie; w pewnych momentach jest ona rozpaczliwie sztampowa i schematyczna. Książce stylistycznie dość blisko jest do czarnego kryminału, musi się więc pojawić kilka charakterystycznych, choć bezużytecznych elementów – po co jedna z bohaterek sugeruje Olackowi, żeby czym prędzej wyjechał? po co sierżant policji struga ważniaka? Są też sceny z których nic nie wynika – po co biznesmen zarzyna białe barany? W ogóle cała logika tej powieści jest jakaś groteskowa – o pułkowniku sądzącym, że morderca jest w rodzinie już pisałem ale ciekawa jest też policja, która dwa lata szuka dusiciela i chyba czeka aż udusi on wszystkie blondynki w okolicy. Początkowo myślałem, że inspiracją dla postaci pułkownika jest generał Sternwood: opryskliwy kaleka chce, by detektyw utemperował jego niesforną córkę; szybko jednak zauważyłem, że do Raymonda Chandlera jest tu daleko. Czy warto więc czytać tę książkę? Myślę, że nie. Czy w ogóle warto sięgać po książki Zofii Kaczorowskiej? Trudno powiedzieć; była to autorka pisząca w charakterystycznym ale trochę groteskowym stylu; z jednej strony opierała się na klasykach gatunku, ale z drugiej traktowała ich twórczość ze sporym dystansem. Myślę, że za dużą pomysłowość można polecić „Urlop z mordercą”, „Strzał na Mokotowskiej” i „Przesyłkę z Lizbony”; wystrzegać się należy „Szalonej nocy w Paryżu”; cała reszta jest oryginalna ale w historii polskiej literatury się raczej nie zapisuje.
