- Autor: Dulczewska Irena
- Tytuł: Kapitan Rott prowadzi śledztwo
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (# 129)
- Rok wydania: 2021
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Raz spacerkiem, a raz pełnym gazem po Poznaniu, czyli zagmatwana sprawa nr 323
Irena Dulczewska wciąż pozostaje nieznana. Recenzowana pozycja liczy 212 stron. Wcześniej nie miała ona wydania książkowego – drukowana była w „Dzienniku Zachodnim”, w latach: 1959-1960.
Akcja toczy się w Poznaniu, w roku 1958.
W godzinach porannych, z banku przy ul. Libelta (Stare Miasto) wyszła młoda dziewczyna – Julita Opaczykówna, która pobrała tam większą sumę pieniędzy, przeznaczoną na wypłaty dla pracowników swej instytucji. Nie powróciła jednak do zakładu pracy, gdyż gdzieś po drodze zaginęła, a razem z nią pieniądze. Co ciekawe, w drodze do banku towarzyszył jej inny pracownik – Andrzej Zawieja, który na chwilę tam pozostał, by załatwić jakąś sprawę, a który miał ją dogonić w drodze powrotnej. Jednak nie udało mu się dołączyć do koleżanki, z uwagi na potężną nawałnicę. Razem z Opaczykówną zaś wyszedł z banku tamtejszy pracownik – Izydor Wańcz, który kierował się na umówioną wizytę do lekarza, u którego jednak – jak się później okazało – nie był. Zauważył on, że na ulicy kłaniał się dziewczynie jakiś młody, nieznany mu mężczyzna w modnym niebieskim skafandrze.
Sprawą tą niezwłocznie zajęła się milicja w osobach: kapitana Rotta („pracowity, dokładny, uczciwy”), porucznika Króla i sierżanta Zoronia, a nawet rozpoczynającego urlop Michała Karskiego („zdolny, inteligentny, rzutki, daleko zajdzie”), który właśnie zdał egzaminy końcowe na czwartym roku prawa. Pojawił się też major Czopa, ale tylko towarzysko.
Oczywiście, poza Wańczem i Zawieją, były też inne osoby podejrzane, np. taki bosman z Gdyni – Franek Telega, który feralnego dnia przyjechał do Poznania, by spotkać się z Opaczykówną, a którego statek miał lada dzień wypłynąć w dwumiesięczny rejs do Australii. Co ciekawe, właśnie w Australii i to niedawno, zmarł ojciec chrzestny Julity, który zostawił jej ogromny spadek. Gdyby jednak Julita zmarła, majątek dziedziczyłoby jej rodzeństwo – Ewa i Marek. Inni, którzy zostali wzięci pod lupę to Witold Rudzki – sąsiad Julity, właściciel niebieskiego skafandra, Zenon Molski – narzeczony Ewy, który do Julity smalił cholewki, Marian Gosk – krewny bogacza z Australii, który gdyby nie testament, automatycznie dziedziczyłby po tamtym fortunę, pojawiający się co jakiś czas nieznany mężczyzna z bródką, a w końcu też i … Michał Karski. „Zniknięcie” Opaczykówny to nie jedyny dramatyczny moment w tej powieści. Były też inne przestępstwa, a ponadto dość liczne zawirowania. W sumie wyszło nienajgorzej.
To chyba najbardziej poznański kryminał, jaki czytałem. Ulic, placów, parków i innych lokalizacji jest w nim wymienionych bez liku.
PRL-ogizmy: Poznań – Klub Książki (przy zbiegu placu Wolności i Ratajczaka), cukiernia „W-Z” (przy ul. Fredry 12), kawiarnia „Pół Czarnej” (ul. Głogowska 55/57) i ciastka stefanki w niej (czyli miodowniki), kawiarnia „Wrzos” (Plac Wolności), restauracja „Magnolia” (ul. Głogowska 40), ul. Świerczewskiego (od roku 1950 – Bukowska) i Armii Czerwonej (do 1939 i od 1989 – ul. Święty Marcin), Bydgoszcz – restauracja „Smakosz”, ponadto samochód „Warszawa” (produkowany od roku 1951), papierosy „Giewont”, pióro „Parker”.
Cytaty:
– „Zawsze mówiłem, że brzydkiej kobiecie nigdy nie można wierzyć. A tu okazuje się, że ładnej też wierzyć nie należy. Od dzisiaj nie będę wierzył żadnej” (sierżant do kapitana)
– „Znam was, panowie w pięknych, stalowych mundurach” (pielęgniarka do kapitana).
