- Autor: Benjamin Kellog jr.
- Tytuł: Nie wykiwasz mnie, stary…
- Wydawnictwo: Bellona
- Rok wydania: 1991
- Recenzent: Mariusz Młyński

Wiesław Rogowski (1930 – 2002) był dziennikarzem, publicystą i autorem słuchowisk; był też pisarzem – na jego koncie znajdziemy kilka pozycji napisanych pod własnym nazwiskiem ale też i cztery kryminały pod pseudonimem Tadeusz Lembowicz (jego drugie imię + nazwisko panieńskie żony) oraz trzy jako Beniamin Kellog jr. (osobę o takich personaliach znalazłem w cyfrowych dokumentach Abrahama Lincolna).
„Nie wykiwasz mnie, stary…” to w pewnym sensie świadectwo rozpaczliwej słabości polskiego kryminału na przełomie lat 80. i 90. – o rodzimej milicji już nie wypadało pisać, a jakiś charakterystyczny polski styl jeszcze nie powstał; autor stworzył więc jeden wielki misz-masz w którym wymieszał wszystko co się dało: trochę Serge’a Jacquemarda, trochę Raymonda Chandlera i odrobinę Fredericka Forsytha. Mamy więc głównego bohatera, Beniamina Kelloga juniora, którego ojciec przed wyjazdem do USA nazywał się Kelwiński; jest to były policjant, a obecnie taki trochę outsider, któremu szef mówi: „Pojedziesz tam. Bo to się musi wreszcie skończyć”. A co się musi skończyć? Przerzut narkotyków z Bliskiego Wschodu na Zachód. A gdzie jest to „tam”? Niewątpliwie w Polsce – nazwa naszego kraju nie pada, ale pewne wskazówki są dość czytelne; pytanie tylko, kiedy akcja się toczy – myślę, że niedługo po czerwcowych wyborach („Czuło się atmosferę swobody, jak wszędzie, tylko że, jak wiedziałem, ten kraj przeżywał ją bardziej może niż inny”). Rola głównego bohatera polega na wkręceniu się w towarzystwo Saadiego Ben Ghaziego, który nadzoruje szlak przerzutu („Moja rola sprowadza się do zainicjowania kontraktu. I więcej już mnie tu nikt nie zobaczy”).
No i dobrze, zapowiada się intrygująco i wyobrażamy już sobie, że będzie to polska wersja „Straży przybocznej” albo „Donniego Brasco”; zresztą nawet i po naszej stronie żelaznej kurtyny mamy świetną powieść Bogomiła Rajnowa na identyczny temat pod tytułem „Umierać tylko w ostateczności”. Tymczasem książka idzie w jakimś dziwacznym kierunku – w pewnym momencie nasz bohater zostaje negocjatorem między policją a terrorystami, którzy podczas olimpiady w Berlinie porywają sportowców i żądają podstawienia samolotu. Dygresja jest oczywista ale całkowicie burzy logikę książki – a może za bardzo się czepiam? Może nie trzeba tu nawiązywać do rzeczywistości? Akcja odbicia zakładników się nie udaje, a bohater przechodzi kryzys i planuje wycofanie się z interesu; generalnie więc z książki nic nie wynika – niby bohater zrobił swoje („Dotarłem, gdzie trzeba. Dałem ci do ręki początek tej nici, po której dojdziesz do kłębka. Ale już beze mnie!”) ale przyznam, że we mnie został spory niedosyt. Taka widać była wizja autora; mnie ona jednak nie przekonała – przede wszystkim jakoś tak zbyt łatwo udaje się Kellogowi dostanie się w okolice Saadiego Ben Ghaziego. Owszem, jest tu kilka intrygujących spostrzeżeń dotyczących rodzimej transformacji ustrojowej, jest trochę ciekawych dialogów ale książka jako całość nic po sobie nie pozostawia – symbolem tego jest jej niemalże całkowite nieistnienie w świadomości czytelników: w całym internecie oceniły go (ze mną) dwie osoby.
