Pietkiewicz Jerzy – Zbrodnia Piotra Dudy 131/2026

  • Autor: Pietkiewicz Jerzy
  • Tytuł: Zbrodnia Piotra Dudy
  • Wydawnictwo: Książka i Wiedza
  • Rok wydania: 1951
  • Nakład: 10500
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Padł rozkaz, padł strzał, padł ktoś i pada pytanie: po co to wszystko?

Jerzego Pietkiewicza nie znam i znać nie potrzebuję. Recenzowana pozycja liczy 165 stron, a jej cena okładkowa to 6 zł.

Akcja toczy się w fikcyjnym Ostaszewie nad Pilicą, wiosną 1948 roku.

We wsi działała, głęboko zakonspirowana, organizacja podziemna. Jej szefem był Ignacy Komor, który instrukcje przyjmował od pojawiającego się, co jakiś czas, majora Lewkońskiego. W skład oddziału wchodzili: Piotr Duda, Bobrek ps. „Szczerbaty”, Tomasz Gładkosz, Olek, Jacek, Zbyszek i Zenek. Niedawno, trzy dni po wyborach, zlikwidowali oni komendanta MO – Lisiaka, a tym, który pociągnął za spust był „Szczerbaty”. Teraz zaś Komor z Dudą, Bobrkiem i Gładkoszem, w tajemnicy przez pozostałymi „podziemnymi”, dokonali w nocy włamania do spółdzielni Samopomocy Chłopskiej. Stojący na „obcince” Gładkosz nie zauważył milicjantów, z nowym komendantem – Matuszkiewiczem na czele, którzy pojawili się przed spółdzielnią. Ci trzej, którzy byli w środku, zorientowali się jednak, że zjawiła się milicja, i czym prędzej prysnęli, wraz z 658 tysiącami złotych, które rąbnęli, a było to – jak na tamte czasy – bajecznie dużo. Uciekający wraz z nimi Tomasz został trafiony i to śmiertelnie. Po jakimś czasie szef postanowił rozliczyć się z podwładnymi. Duda jednak stwierdził, że nie chce żadnej „działki” i nie chce więcej chodzić na taką robotę. Natomiast Bobrek zorientował się, że Komor chce go puścić kantem i dać o wiele mniej niż na to zasłużył. Szef powiedział mu, że na skoku zarobili 200 tysięcy złoty, czyli ponad trzy razy mniej niż było faktycznie. Z tego powodu doszło między nimi do bójki. Kiedy, nie biorący udziału we włamaniu, pozostali „podziemni” dowiedzieli się, że było takie zdarzenie, i że zostali pominięci w podziale, mocno się zdenerwowali.

Tymczasem w Ostaszewie pojawił się major Lewkoński z nowymi instrukcjami. Przekazał Komorowi, że następnym do likwidacji ma być kierownik miejscowej szkoły – Jackowski. Szef na „cyngla” wyznaczył Dudę, który choć włamań miał dosyć po pierwszym razie, to rozkaz likwidacji przyjął bez zastrzeżeń. Niedługo potem z Pilicy wyłowiono, kąpiącego go się tam wcześniej, Dudę, już bez oznak życia. Spośród gapiów, jedynie Jackowski zachował zimną krew i przystąpił do reanimacji. Więcej już nie zdradzę.

Rok 1951, wydawnictwo „Książka i Wiedza”, to już dużo mówi o wydźwięku tej powieści. Oczywiście „podziemni” to bezwzględni, ale i bezmyślni bandyci, oszukujący nawet siebie samych, występujący przeciwko rozwojowi polskiej wsi, popierani przez obłudnego miejscowego proboszcza, rozgrzeszającego ich ze zbrodni, kierowani przez byłego agenta gestapo, a do tego palący imperialistyczne „Chesterfieldy”. Wystarczy? Chyba tak. Zmęczyłem się tym „dziełem” solidnie, czego i Wam życzę.