- Autor: Mieszczanowski Mirosław
- Tytuł: Anatomia gry
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Łódzkie
- Rok wydania: 1974
- Nakład: 20294
- Recenzent: Robert Żebrowski

Operacja „Krokus”, oddział AR-2, „archiwista” Gehlena i goście z Zurychu
Mirosław Mieszczanowski (1937-2025), związany z Ziemią Łódzką i Związkiem Młodzieży Wiejskiej, w latach 1959-1981 był dziennikarzem i reporterem „Głosu Robotniczego”, „Zarzewia” i „Naszego Życia”. Debiutował prozatorsko w roku 1961 w almanachu literackim „Młoda wieś pisze” opowiadaniem pt. „”Turculent” już nie wypłynie”. W roku 1967 wydano jego zbiór opowiadań „Nie tylko deszcz”, a w roku 1969 zbiór reportaży „Droga w cały świat” (postaram się niedługo „zbadać” te trzy pozycje) .Pierwsze wydanie recenzowanej powieści (okładka z lewej) liczy 258 stron, a cena okładkowa to 30 zł. Drugie wydanie miało miejsce w roku 1984.
Akcja toczy się gdzieś w Polsce w roku 1952.
Chorąży Andrzej Storczyk z KBW był dowódcą radiostacji Służby Ruchu Radio namierzającej dziesięcioosobową bandę podziemnej organizacji – tzw. „Kirasjerów”. Prywatnie był narzeczonym Joanny Roznoteckiej – córki profesora, naukowca z dziedziny wojskowości, który po wojnie wrócił do kraju z Zachodu. Po jednej z wizyt Storczyka u niej, dziewczyna miała dwie próby samobójcze – jedną w domu, a drugą już w szpitalu. Na szczęście przeżyła, ale sprawiała wrażenie obłąkanej. Z tego powodu chorąży znalazł się w zainteresowaniu kontrwywiadu. Okazało się jednak, że to nie on był przyczyną usiłowań samobójstwa, a jacyś goście z Zurychu, którzy odwiedzili profesora.
Pułkownik kontrwywiadu zwerbował chorążego i zlecił mu misję specjalną. Okazało się, że w najbliższym czasie do „Kirasjerów” ma się zgłosić łącznik wysłany przez organizację generała Gehlena, który miał przekwalifikować członków bandy, wymienić im dokumenty i zlecić inne działania. Z posiadanych informacji wynikało, że ich dowódca – kapitan Srebrecki, dawny oficer K.O.P. – poszukuje jednak „wyjścia” na Londyn. Andrzej miał pod legendą delegata rządu londyńskiego, związanego z Intelligence Service, dotrzeć do oddziału i przejąć nad nim dowództwo, by dzięki temu rozpracować jego struktury, a następnie przyskrzynić wszystkich jego członków. Operacji nadano kryptonim „Krokus”. Pułkownik bez informowania przełożonych Storczyka z KBW o faktycznych powodach, wysłał go na specjalistyczne szkolenie w Warszawie, oficjalnie – kurs doskonalenia kadr technicznych. Chorąży przeszedł tam intensywne szkolenie „angielskie”.
Andrzej został zrzucony na spadochronie w rejonie działania bandy. Miał na sobie mundur RAF-u i dystynkcje majora. Trafił na niego jakiś chłop, który go przenocował, jednocześnie powiadamiając o gościu z nieba Srebreckiego. Ten szybko zjawił się na miejscu i po rozmowie z „majorem” stwierdził, że jest on agentem Bezpieczeństwa i oznajmił mu, że zostanie zabity. Rozpoczęła się długotrwała, mordercza, pokrętna i rozpalająca mózgi rozgrywka między „delegatem” a głównym „Kirasjerem”. Była to walka na słowa, na argumenty, na gesty i zachowania. Storczyk wyszedł z niej zwycięsko i przejął dowództwo nad oddziałem. Razem ze Srebreckim oczekiwali pojawienia się oficera wywiadu niemieckiego – jak się okazało z najbardziej utajnionej komórki tj. tzw. Archiwum Gehlena. W międzyczasie „major” poznał członków bandy, określanej w Londynie – oczywiście tylko w umyśle twórcy „Krokusa” – oddziałem AR-2. Wśród nich byli: „Trębacz”, „Nurt”, „Zadra”, „Ryś”, „Łapeć” i „Drut”. W tle był też „bliźniaczy” oddział „Sowy”, ale już przejęty przez UB. Niebezpieczna gra operacyjna chorążego z „gehlenowcem” i „Kirasjerami” weszła w fazę kulminacyjną. Gdzieś tam niedaleko czuwali podwładni pułkownika, by w odpowiednim momencie też wejść do gry. Storczyk tymczasem zdobył cenne informacje o gościach z Zurychu…
Powieść jest ciekawa, ma dobrze skonstruowaną fabułę i choć akcja jest niezbyt dynamiczna (bo taka w tym przypadku powinna być) to jednak nie ma w niej niepotrzebnego wekslowania lub przestojów. Sama „gra” jest bardzo pogmatwana, aktywizuje umysł czytelnika, szczególnie, że autor przedstawia ją wprost „anatomicznie”. Stad też chyba wziął się tytuł tej książki.
