Janczur Juliusz – Wieczorny spacerek 201/2026

  • Autor: Janczur Juliusz
  • Tytuł: Wieczorny spacerek
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Radia i Telewizji
  • Czasopismo: Teatr Polskiej Telewizji (nr 2/68)
  • Rok wydania: 1968
  • Nakład: 250
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Hasło „Kometa”

Czasopismo liczy 129 stron, z czego „Wieczorny spacerek” zajmuje 53. Juliusz Janczur (1930-2013) znany jest jako autor scenariusza do serialu „Pogranicze w ogniu”.

Miejscem akcji jest „duże osiedle na peryferiach Warszawy (np. Praga II)”, około roku 1964.

Młodociani Kwiatek, Malinoszczak, Lipka i Gwizdek dokonali kradzieży rozbójniczej na małoletnim, zabierając mu monetę „kościuszkę”. Planowali też pobić dzielnicowego w stopniu starszego sierżanta, ale ten w ostatniej chwili zagwizdał po swojego towarzysza z patrolu – owczarka alzackiego i plan stał się nieaktualny. Po jakimś czasie do grupy dołączył 17-letni Fronczak i wszyscy razem poszli na wieczorny spacerek z butelką w ręku. Kiedy przechodził obok nich jakiś robotnik wracający z pracy, wzięli go w kółeczko, zaczęli popychać, któryś z nich go kopnął, inny dwukrotnie uderzył butelką w głowę, tak, że butelka pękła, a człowiek nieprzytomny padł na ziemię. Ktoś widząc te zdarzenie wykręcił nr „08”, informując o tym, że czterech bije jednego. Wkrótce na miejsce przybył radiowóz MO, ale sprawcy wcześniej się rozbiegli. Na jednego z nich trafił dzielnicowy, który jeszcze nie wiedział o pobiciu. Z uwagi na to, że nieletni Józef Lipka (ur. 1948) biegł mając ślady krwi na bucie, funkcjonariusz zatrzymał go i doprowadził do Komendy Miejskiej. Tu dowiedział się o napadzie na robotnika.

Pokrzywdzony, nie odzyskawszy przytomności, został przewieziony do szpitala. Dochodzenie w tej sprawie prowadził kapitan Bartosz, a pomagał mu milicjant Wacuś. Już na wstępie oficer odrzucił motyw rabunkowy, gdyż pobity miał ze sobą paczkę zawiniętą w gazetę, a przy sobie portfel z pieniędzmi i dokumentami, których nie skradziono. Dzielnicowy poinformował kapitana, w jakim towarzystwie legitymował Lipkę. Wkrótce trzej jego koledzy zostali zatrzymani. Przy Kwiatku znaleziono szpadrynę. Kapitan rozdzielił zadania. Dzielnicowy miał sprawdzić alibi Gwizdka, czy – tak jak podał on przy zatrzymaniu – był w pracy, zebrać opinie o całej czwórce, rozpytać ludzi, znaleźć świadków i przesłuchać na protokół. Wacuś miał zaś sprawdzić wszystkich w kartotece. Przy sprawdzaniu przez telefon obowiązywało aktualnie hasło „Kometa”. Jak widać z przydzielonych zadań dzielnicowi zawsze byli na straconej pozycji, będąc – w porównaniu do służby kryminalnej – obciążani wszystkim ile tylko można. I to nie tylko w milicji, ale i w policji.

Przesłuchania zatrzymanych niewiele dały, bo ktoś mało rozsądny wypuścił ich razem na spacerniak i udało im się w tym czasie ustalić jedną wersję zeznań. Tymczasem przebadano zebrane z butelki ślady linii papilarnych. Należały one do Lipki, Malinowskiego i Kwiatka, jednak świadczyło to tylko o tym, że trzymali tę butelkę w trakcie picia alkoholu. Były też jeszcze inne linie, należące do niezidentyfikowanej osoby, ale osobą tą nie był Gwizdek, który – jak ustalono – w czasie zdarzenia faktyczniebył już w pracy. Krew z buta Lipki była grupy A, tak jak i ofiary, a on sam miał grupę 0. To też nie był dowód, bo 60% ludzi w Polsce miało grupę A. Dochodzenie stanęło w miejscu. Tymczasem Fronczak, syn inżyniera, siedział cicho w domu.

Ofiara napadu – nie odzyskawszy przytomności – zmarła w szpitalu. Sekcja zwłok wykazała następujące obrażenia: złamanie trzech żeber, zmiażdżone palce ręki, złamana kość nosowa i szczęka, złamanie kości czaszki i wstrząs mózgu. Informację o pobiciu ze skutkiem śmiertelnym podano w prasie. Nauczyciel Fronczaka ze szkoły średniej – profesor Paczkowski udał się do jego ojca z informacją, że w grupie napastników był jego syn, i że ma zamiar powiadomić o tym milicję.

Rozpoczęło się gorączkowe organizowanie obrony, zastraszanie świadków, a ze strony milicji kolejne przesłuchania podejrzanych. Postanowiono przeprowadzić wizję lokalną. I to właśnie jej wyniki były decydujące dla sprawy.

To kolejny rewelacyjny utwór z „TPT”. Choć akcja jest niemrawa, a do tego mało, a nawet wcale nie atrakcyjna, choć nie ma tu nic ciekawego, ani jeśli chodzi o samo zdarzenie, ani o przebieg dochodzenia, to jednak wszystko jest tu w pełni, całkowicie, zupełnie realne i to jest zaleta nie do przecenienia. Tak się wleką sprawy, takie pojawiają się w nich problemy, tak kombinują podejrzani i tak się często zachowują świadkowie. Samo życie. Jeśli ktoś chce wiedzieć jak faktycznie wyglądały milicyjne dochodzenia, to powinien sięgnąć najpierw po Janczura, a nie Edigeya, Kłodzińską, czy Zeydlera. Natomiast jeśli ktoś potrzebuje rozrywki i śledztw z nutką sf, to powinien zrobić dokładnie odwrotnie.

Wiadomo, że teksty z „TPT” składają się prawie z samych dialogów, jednak mnie to zupełnie nie przeszkadza. Dzięki temu szybko się je czyta, a „uzupełnianie” miejsca między dialogami pozostawia się własnej głowie, a nie wymysłom pisarza, co aktywizuje i trenuje mózg, przedłużając w ten sposób jego funkcjonalność.

PRL-ogizmy: milicyjna Warszawa, papierosy „Dukat”, gazeta „Życie Warszawy”, dni bezalkoholowe, czyli bez sprzedaży i podawania alkoholu.