- Autor: Czerniawski Czesław
- Tytuł: Zanim wstanie świt
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
- Rok wydania: 1968
- Nakład: 7260
- Recenzent: Robert Żebrowski

Ostatnia brama na farwaterze
Muszę przyznać się, że Czesław Czerniawski (1925-1988) to jeden z moich ulubionych autorów kryminałów, a jego kapitan Antoni Doliński – jeden z najbardziej ulubionych przeze mnie śledczych. Recenzowana pozycja liczy 175 stron, a jej cena okładkowa to 12 zł.
Akcja toczy się w Trzebieży (powiat policki), położnej nad Zalewem Szczecińskim, i Lublinie oraz ich okolicach, w roku
Henryk w czasie wojny był w AK, a potem wstąpił do WP. Stacjonował w Lublinie, gdzie był szefem kierowców. Wraz ze swoją jednostką walczył m.in. z bandą „Pioruna”. Miał tam też dziewczynę – Jankę, którą Bezpieczeństwo aresztowało za nie wiadomo co. Po wyjściu z wojska, zabierając ze sobą swój prywatny rewolwer Nagant (Nagan), udał się na Ziemie Odzyskane i osiadł w Trzebieży. Tam najął się jako pomocnik u rybaka łowiącego z łodzi na terenie Zalewu Szczecińskiego.
W miejscowej gospodzie zapoznał pracującą tam Halinę, która jak się później okazało była przez jakiś czas w bandzie „Pioruna”. Któregoś dnia do lokalu weszło trzech mężczyzn, wśród których Henryk rozpoznał – Ryszarda, z którym był razem w wojsku. W czasie okrążenia plutonu żołnierzy przez „podziemnych”, Ryszard pod legendą, że idzie do jednostki po wsparcie, wydostał się i przyłączył do „Pioruna”. Na odsiecz okrążonym przybył m.in. Henryk, jednak zanim to nastąpiło, pół plutonu zginęło. W gospodzie doszło do zwarcia między nimi, ale zakończyło się bez ofiar.
Tymczasem na Zalewie regularnie dochodziło do aktów kłusownictwa. Kłusowników ścigał inspektor rybacki Szczecińskiego Urzędu Morskiego – Antończak. W trakcie jednego z pościgów swoją łodzią motorową – „Bogusławą”, został uderzony przez kłusownika kawałkiem gruzu w głowę, w wyniku czego wyzionął ducha. Henryk udał się do Szczecina i wrócił stamtąd jako nowy inspektor rybacki. Wkrótce wspólnie z mechanikiem Kusem i szyprem Maliszewskim stanowili bardzo zgraną załogę „Bogusławy” z sukcesami tropiąc kłusowników. Henryk dowiedział się przy okazji, że Ryszard mieszka w Nowym Warpnie, ma swój kuter i z niego kłusuje. Do inspektora doszła też informacja, że główne nielegalne łowisko – na tarliskach leszcza – znajduje się pod Stępnicą. Razem ze swoimi ludźmi postanowił urządzić tam zasadzkę. No i zrobiło się ciekawie, tak, że aż pojawił się nawet WOP.
Książka jest dobra, choć kapitan Doliński w niej nie wystąpił, a zakończenie jej niebanalne. I tak jak do tej pory czytane przeze mnie kryminały Czerniawskiego były „piwne”, tak ten jest „wódo-piwny”, gdyż regularnie, w niedługich odstępach słychać w nim: „Wódka. Duża. I duże piwo”. Polecam (kryminał, nie wódkę).
PRL-ogizm: papierosy „Partyzant”.

