- Autor: Bolanowski Zbigniew, ppor.
- Tytuł: Jeden z wielu – Posterunek M.O. w Radymnie
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Zarządu Pol.-Wych. Milicji Obywatelskiej R.P.
- Rok wydania: 1948
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Zemsta milicjanta Ziemby, czyli pierwsze polskie kryminalne opowiadanie milicyjne?
Czasami tak sobie myślę, w swej naiwności, czy może głupocie, że nic już mnie już w Bibliotece Narodowej zaskoczyć nie zdoła. Tymczasem opowiadanie „Jeden z wielu” zaskoczyło mnie totalnie, tak, że przez chwilę zastanawiałem się, czy mi się ono nie przyśniło.
No bo sami zobaczcie. Rok 1948. Polska powoli podnosi się z gruzów. Trwa walka na froncie wewnętrznym. Ludziom nie w głowie czytanie książek, ale przede wszystkim staranie o to, by mieć co do garnka wrzucić i na grzbiet włożyć. A tu ni z tego, ni z owego Milicja Obywatelska wypuszcza na rynek pozycję sensacyjno-kryminalną, o nawet ciekawej fabule, gdzie sabotażyści mają brudne ręce, a kułacy ubrudzone, ale i niektórzy milicjanci mają brud za paznokciami. I bądź tu człowieku normalny. Niestety nie wiadomo, jaki nakład miała ta książeczka, ale jestem całkowicie przekonany, że choć jest w niej mowa o szwarccharakterach, to sama jest wajsskrukiem. Liczy 40 stron, a jej autorem jest ppor. Zbigniew Bolanowski, o którym nic więcej nie wiem, a o którym można domniemywać, że był absolwentem Centrum Wyszkolenia MO w Słupsku, bo właśnie tam w drugiej połowie lat 40. znajdowała się Szkoła Oficerska.
Akcja toczy się w roku 1947 lub 1948, w Radymnie leżącym w województwie rzeszowskim (do 18 sierpnia 1945 roku należało do województwa lwowskiego, a od 1975 roku – przemyskiego), które po wojnie liczyło około 3500 mieszkańców i gdzie znajdował się posterunek MO.
Milicjant Zięba, zasłużony w walkach z UPA już od 1944 roku, stanął do raportu u komendanta Wójcika, za to, że na terenie posterunku usiłował uderzyć niejakiego Urbańskiego – najbogatszego gospodarza w Radymnie. Powstrzymał go siłą inny milicjant – Kazik Kinal. Powodem jego wybryku był silne wzburzenie po tym, jak Urbański bezczelnie powiedział do Antka Białasa – młodego rolnika – następujące słowa: „Wejdź chłopcze pod ławę i zaszczekaj, to ci przyznam rację i nawet zapiszę się do spółdzielni”. Po tym zdarzeniu Kinal dogryzał Ziembie, a ten postanowił sobie w duchu, że się na koledze milicjancie porządnie zemści. Pozostali funkcjonariusze – kapral Bronisław Tabisz i milicjant Henryk Leśniewski nie brali udziału w nagonce na Ziembę.
Kinal zdał relację kolegom z ostatniego wydarzenia we wsi: „Wczoraj ktoś w nocy nasypał piachu do maszyn rolniczych, które Samopomoc Chłopska sprowadziła, a przedwczoraj ktoś nad ranem dobierał się do spółdzielni, na szczęście go spłoszyli. Znalazłem tam pęk pakuł nasyconych naftą. Ktoś chciał podpalić spółdzielnię, i to nad ranem, gdy ludzie śpią najtwardszym snem., a wiatr dął jak wściekły”. I dodał coś dla Ziemby: „Tak, trudna była walka z upowcami, ale teraz jest jeszcze trudniejsza walka”.
Głównym podejrzanym o dokonanie sabotażu był syn Urbańskiego, który w NSZ „kulą i nożem mordował chłopów”, a który ujawnił się w związku z ustawą amnestyjną [prawdopodobnie drugą – z dnia 22 lutego 1947 roku] i powrócił do wioski. Komendant wydał polecenie, by podczas prowadzonych dochodzeń, obchodów i wywiadów zwracać baczną uwagę na Urbańskich. Okazało się, że wsi działa czteroosobowa banda wyposażona w trotyl. Milicjanci stanęli do rozprawy z nią, a Ziemba do rozprawy z Kinalem …
Może trochę nieporadne to opowiadanie, może zbyt mało miejsca poświęcono w nim na opis decydującego starcia, ale jasności przekazu i braku realizmu raczej nie można mu zarzucić. Przyjemnie się to czytało i w pamięci powinno pozostać.
