- Autor: Dashiell Hammett
- Tytuł: Dwie martwe Chinki
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Zeszyty Dashiella Hammeta
- Rok wydania: 1987
- Recenzent: Grzegorz Cielecki

W pysk na odlew przez pełne aksamitu spojrzenie
Zanim Dashiell Hammett, uważany za twórcę czarnego kryminału, czyli odmiany powieści kryminalnej, w której nie ma jasnego podziału na dobro i zło, świat jest realistycznie brutalny, a prywatny detektyw jedynym depozytariuszem zasad; zanim opublikował pierwszą powieść, szlifował styl i dramaturgie w kilkudziesięciu opowiadaniach . „Dwie martwe Chinki ” to przykład już w zasadzie wyrobionego stylu autora i nawet jest to krótka powieść, wypełniająca cały zeszyt wydany przez Iskry w roku 1987. I jest to pewien ukłon dla Hammetta, wszak zaczął twórczość W podobnej formule ukazało się nas sześć takich zeszytów, z tym ze zawierają one zwykle po dwa opowiadania. „Dwie martwe Chinki są wyjątkiem”
Do agencji detektywistycznej zgłasza się bogata Chinka z informacją, że gdy wróciła do domu zastała dwa martwe ciała. Były to dwie kobiety ze służby pani Lilian Shan (a pozostała część służby gdzieś zniknęła. To nazwisko w oryginale znaczyło Water Lily czyli Lilię Wodną), a pozostała część służby gdzieś zniknęła. I tu mamy pierwszą dygresję wzbogacającą fabułę. To nie bez znaczenia, gdyż większość akcji rozgrywa się w Chinatown (tu od razu przypomina się film „Chinatown” Romana Polańskiego) czyli chińskiej dzielnicy miasta, w tym wypadku San Francisco, gdzie musi przeniknąć detektyw. Narracja jest pierwszoosobowa, a detektyw nie ma personaliów, natomiast o szefie agencji mówi Stary. Określenie to przeszło potem także do rodzimych powieści milicyjnych, gdzie często pułkownik był Starym. Oczywiście w „Dwóch martwych Chinkach” mamy także oficjalne śledztwo prowadzone przez ludzi szeryfa, ale pani Shan pokładała większe zaufanie w biurze detektywistycznym.
Zapuszczając się do Chinatown detektyw zdaje sobie sprawę, że na kroku czyhać może niebezpieczeństwo, ze śmiercią włącznie. Posługuje się doświadczeniem, intuicją oraz informatorami – stałymi, jak i wynajmowanymi jednorazowo.Trzeba ustalić, kto i dlaczego zamordował obie kobiety, gdzie się podziała reszta służby i czy miało to coś ze zbrodnią. W sposobie pisania Hammetta widoczna jest gorączkowość. Wydarzenia następują w szybkim tempie, a detektywa kilkakroć ktoś chce zabić, on sam zaś najpierw bierze udział w mordobiciu, a potem powala jakiegoś natręta jednym celnym strzałem. Hammett wyostrza brutalność opisów, a strzelaniny wydają się w jego prozie czymś tak naturalnym, jak podnoszenie z biurka szklanki wypełnionej whisky.
Motywy działania postaci wyraźnie podlegają temu, co narrator-detektyw uważa za słuszne. Tradycyjna logika nie zawsze ma tu sens, gdyż czarny kryminał jest na antypodach egzaltowanej narracji przynależnej do kryminału tradycyjnego w typie Conan Doyle czy Agathy Chrisie. To po prostu inny rodzaj prozy. Parafrazując klasyka, bliżej rynsztoka niż wazy weneckiej. No i wpadamy na całego w tygiel kulturowy – Amerykanie, Chińczycy, Filipińczycy, Hiszpanie. O tych ostatnich Hammett napomyka tak: „Bez względu na to, co robią Hiszpanie z narodami którymi rządzą, na pewno uczą kich grzeczności”. A zatem mamy tu echa kolonii.
Tropy wiodą najpierw do band przemycających alkohol (przypomnijmy, że lata 20-te, kiedy toczy się akcja dzieła to czas prohibicji) oraz szmuglerów broni do Chin. A Chińczycy są tu różni, od podłych łachmaniarzy, po osobników, za którymi stoi tradycja i nakazuje używać fraz w rodzaju: „-Jedynie zupełna niemożność uwierzenia, że ktoś tak pełen boskiej wspaniałości jak jego ekscelencja zechce tracić swój cenny czas dla nędznego prostaka, powstrzymała najpośledniejszego z pańskich sług, by nie pobiegł upaść do szlachetnych stóp, gdy tylko usłyszał, że Ojciec Detektywów swoi u jego niegodnych progów”. Gdy zestawimy to piękne zdanie z napotkanym kilka stron dalej: „Gdy ujrzałem go zgiętego nade mną, wypaliłem. Kula przebiło mu gardło” – widzimy, że prostota idzie o lepsze z kwiecistością i kunsztownością stylu. Tak, Dashiell Hammett to zdecydowanie poeta czarnego kryminału. Czytamy go bardziej dla stylu, niż fabuły, choć tak przecież jest pełna zaskoczeń, brutalności i krwi, co potencjalnie bardziej absorbować powinno. Osobne słowa uznania należą się tłumaczce Ariadnie Demkowskiej-Bohdziewiccz, która znakomicie czuje styl Hammetta i umie oddać jego czułość w jakże pięknej polszczyźnie.
