Bałłaban Jerzy – Tajemniczy detektyw 114/2026

  • Autor: Bałłaban Jerzy
  • Tytuł: Tajemniczy detektyw
  • Wydawnictwo: Redakcja Audycji Literackich Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu
  • Seria: Zeszyty Literackie (nr 5)
  • Rok wydania: 1963
  • Nakład: 45
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Zdalnie kierowane rakiety kontynentalne Służby Drogowej MO

Jerzy Bałłaban (1928-1994) do tej pory był mi zupełnie nieznany. Jego nazwisko wskazuje na pochodzenie tatarskie – w językach turkijskich słowo „bałaban” oznacza sokoła [przy okazji polecam genialną książkę Julii Krajcarz pt. „Aksak, Korsak i Bałłaban. Polskie nazwiska tatarskiego i tureckiego pochodzenia”]. Był on – mieszkającym w Opolu – pisarzem, reporterem, publicystą, scenarzystą i reżyserem filmów dokumentalnych oraz spektakli radiowych, a także autorem audycji radiowych.

Broszura liczy 27 stron, a jej nakład to jedynie 45 egzemplarzy, co czyni ją jednym z najbielszym białych kruków. Na szczęście Biblioteka Narodowa dysponuje dwoma jej egzemplarzami (dostępna jest też w Bibliotece Jagiellońskiej). Powstała ona na podstawie słuchowiska o tym samym tytule nadanym na antenie Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu w dniu 1 stycznia 1960 oraz na antenie warszawskiego radia w dniu 15 kwietnia 1961 roku.

Akcja toczy się 18 lat po wyzwoleniu kraju, a więc w roku 1963, na Opolszczyźnie – w jakimś mieście powiatowym oraz nad Jeziorem Turawskim.

Walerian Liczykruppa – kasjer Zjednoczenia Fajansowych Wyrobów Użytku Codziennego [raczej conocnego] – podjął z banku milion złotych na wypłaty dla pracowników. Pieniądze te postanowił zdefraudować. Przeszkodził mu w tym pewien mężczyzna, który przez okienko wymierzył do niego dwa pistolety M/159/63 i zażądał wydania pieniędzy. Kiedy kasjer rzucił w opryszka przyciskiem do papierów, tamten oddał w jego kierunku strzały. Liczykruppa zgiął się wpół i stracił przytomność. Gdy ją odzyskał stwierdził, że nie ma żadnych obrażeń, ale nie było też i pieniędzy. W chwilę potem usłyszał podjeżdżające pod budynek samochody pogotowia milicyjnego. Na czele 235 funkcjonariuszy stał komendant miejscowego posterunku. Zanim weszli do środka przy kasjerze pojawił się nieznany mu mężczyzna, który przedstawił się jako spec od wszystkiego. Zaproponował, by podjąć pogoń za sprawcą, a ucieczkę przed milicją, która może kasjera podejrzewać. Na pomoc specowi przybył helikopterem odrzutowym jego przyjaciel doktor Patson. Będąc już na pokładzie maszyny, zobaczyli mężczyznę, który dokonał napadu, jak na motocyklu ucieka z miasta. Helikopterowcy ruszyli za nim w pogoń. Natomiast Drogowa Służba Milicyjna wysłała zdalnie kierowane rakiety kontynentalne, by całkowicie unieszkodliwić przestępcę (na zdjęciu z prawej strony, widoczne są te rakiety, i to z napisem MO).

Dużym plusem tej pozycji jest jej rodzaj literacki (dramat), gatunek (komedia) i forma wydania (mała książeczka z rysunkami w kształcie pieczątek, które częściowo nakładają się na tekst) oraz… niski nakład. Sama fabuła, choć dynamiczna, nie jest zbyt porywająca. Trzeba jednak przyznać, że pomysł z milicyjnymi rakietami był pierwszorzędny, choć w rzeczywistości do tej pory nie został zrealizowany (i bardzo dobrze!). Pewien problem stanowi umiejscowienie początku akcji. Niby jest to miasto powiatowe, a jest w nim tylko posterunek milicji, a nie komenda powiatowa jak być powinno. Natomiast na miejsce akcji przyjeżdża tylu funkcjonariuszy, ilu mogło służyć w komendzie wojewódzkiej MO. Myślę, że nie popełnię błędu jeśli stwierdzę, że miastem tym jest samo Opole, które już wtedy było miastem wojewódzkim. I jeszcze jedno: „Tajemniczy detektyw” przywiódł mi na myśl wydawane w latach 1976-1981 przygody Kwapiszona. Myślę, że z uwagi na zupełną wyjątkowość tego dziełka, warto po nie sięgnąć.